środa, 1 lipca 2026

Z pokoju pasji Gosi... historia nieszczęśliwych spodni

Uszyłam swoje pierwsze w życiu spodnie!

I na tym sukces w tej historii chyba by się skończył 😅. Wszystko zaczęło się dobrze - po wcześniejszych szyciowych wpadkach zdecydowałam się podejść bardzo na spokojnie do tego projektu, z precyzją i wcześniejszym przygotowaniem. Dokładnie odrysowałam i wykroiłam wykrój oraz przygotowałam model testowy ze starego prześcieradła 💪. Na tym etapie nic nie zapowiadało jeszcze klęski.

Jako wzór wybrałam szerokie kuloty z zakładkami i na docelowy materiał przeznaczyłam śmietankowo-białą mieszankę lnu i wiskozy, z odrobiną elastanu. Materiał nowy, kupowany w sklepie stacjonarnym, więc sam w sobie kosztował już jak przeciętne spodnie w tańszej sieciówce. Ostatecznie okazał się jak dla mnie zbyt prześwitujący i też utrudnia stylizowanie gotowych spodni.

Po przygodach z za małymi rzeczami (bo... hmm... czy wspominałam, że dieta i Gosza - to nie może się udać? 🙈) chciałam mieć dobrze dobrany rozmiar i udawałam, że mnie nie boli, że według rozmiarówki Burda wypadam w talii na rozmiar 40, a w biodrach 44 😱. Skoro tak mówi tabelka, to widocznie tak musi być. Tak też skroiłam elementy, zszyłam model testowy i jeszcze nie widziałam wad.

Pierwowzór. Całkiem to wygląda, co nie?

Mam wrażenie, że na zdjęciu spodnie w wersji testowej wyglądają całkiem zacnie i na tym etapie - brak wszycia guzików, zrobienia dziurek czy podłożenia nogawek - zakończyłam prace nad modelem testowym, żądna i gotowa kroić docelowy materiał.

Żałuję, że jestem samoukiem bez naturalnego talentu. Mówię tak, bo śledzę na YT dziewczynę, która zdecydowanie taki talent posiada! Oceniam tak po objerzeniu jej filmów z tego co i jak szyje, jak potrafi kształtować wykroje i jak jej garderoba potem na niej leży. Chapeau bas, szacun, zazdro, bo wydaje się, że start dokładnie taki sam miałyśmy. W rodzinie u mnie też szyła babcia, choć nie miałam okazji czegokolwiek się od niej nauczyć 😔. Zostały jednak materiały, część mocno vintage, z których teraz mogę korzystać. Trochę pasmanterii typu guzki czy tasiemki. Ja też zaczynałam sama, akurat nie z YouTube'a, ale z samouczków w gazetach typu "szkoła szycia" - Burda miała kiedyś takie wydania specjalne. Potem - bo do mojej pasji podchodziłam jak to ja, falami, raz intensywnie, raz odkładałam to do szafy na całe lata - podglądałam tutoriale na YT, byłam na kilkugodzinnym kursie w szkole krawieckiej, ale stopień ogarniania tego przeze mnie już zupełnie się nie umywa do Michaliny. Aha, bo Dziewczyna, której kanał naprawdę polecam dla szyjących, to michalina.studio - mega zdolna bestia, która powoduje, że mi się chce, ale też wpędza w kolejne kompleksy 😂.


No więc wracając do tematu - taka Michalina ogarnęłaby, że rozmiar i krój spodni nie pasuje i naniosła odpowiednie poprawki. Ja tego nie zauważyłam na etapie modelu testowego i pełna nadziei, i zachęcona przystąpiłam do realizacji docelowego wzoru.

Jako że całą cześć zabawy z wykrojem miałam już wcześniej za sobą, samo krojenie i szycie zabrało mi może trzy popołudnia. Nauczyłam się robić na maszynie dziurki na guzki! Oraz wszywać pas do spodni, bo instrukcja w gazecie wymagała ode mnie wsparcia się jakimś tutorialem wideo.

Po ukończeniu się zaczęło:

- materiał - prześwituje za bardzo,

- zakładki - zaszyte w drugą stronę 🤦‍♀️ - do teraz się zastanawiam jak ja mogłam zrobić taki błąd. Błąd, który chyba najbardziej dojechał ten projekt. Raz, że forma już nie taka; dwa, że trudniej zakładkami dopasować rozmiar; trzy - nie po to robiłam wersję 1.0 żeby pomylić się aż tak w finalnej!

- rozmiar - spodnie wiszą w pasie, brzydko układają się przy siedzeniu lub pochylaniu z uwagi na punkt wyżej i to, że wiszą w pasie 😒.

- styl - uszyłam sobie spodnie, których nie mam do czego założyć 🤡. Brawo ja. Nie pomyślałam o tym wcześniej wybierając model do uszycia. Po prostu mi się spodobały na modelce w gazecie. Wiem jak można je wystylizować, nie mam natomiast takich ubrań w szafie 😣.

I teraz wiem, że czas najwyższy pochwalić się efektem końcowym, ale podpowiem, że na zdjęciu na wyglądają aż tak źle 😂. Mój chat GPT nawet je pochwalił, porównując do kolekcji z Massimo Dutti 🤣.



Znajdź trzy różnice 😅 kot się nie liczy 😉


Ale ten post jest również o tym, że na nowo trudno mi się zabrać za jakiś projekt. Czuję, że nie umiem dość dobrze, nie mam wiedzy, a szycie prostych kosmetyczek lub poduszek mnie nie satysfakcjonuje. Wiem, że potrzeba praktyki, nie powinnam się zrażać, wiem też jakie, w ostatnim bardzo smutnym i trudnym czasie dla mnie, czas szycia daje mi benefity. 

Na pierwszy plan wysuwa się mój podcinający skrzydła perfekcjonizm i szkodliwe, zabijające wiarę w siebie, porównywanie się z innymi. Nie chodzi nawet o wspomnianą Michalinę, ale w SM jest mnóstwo contentu twórców, którzy tworzą na rolkach często, dużo i doskonale. Niby mam pełną świadomość swoich ograniczeń i niepełnej prawdy pokazywanej w socjalach, a i tak to paliwo dla krytyka i oponenta wewnątrz mnie. Takiego, który mówi "innym razem się do tego zabierzesz", "zmarnujesz tylko materiał" i "wcale ci się nie chce tego robić". Przez co odkładam, zaniechuje i tak trwam w pauzie, choć wytypowałam kolejny projekt, tym razem sukienkę. Mam przeczucie, że nic z tego nie wyjdzie, a instrukcja wydaje się trudniejsza z każdym jej czytaniem.

Z drugiej strony trochę dorosłam. Znam swoje bolączki i ograniczenia, umiem nazwać te wady mojej konstrukcji psychicznej 😉. Nie znalazłam jeszcze sposobu na poradzenie sobie z tym, wyplenienie perfekcjonizmu i zaprzestanie porównywania się. Szkoda, że nie ma odpowiedniej pralni mózgu dla mnie. Jednocześnie przeciwstawieństwem do mojego wewnętrznego krytyka jest mój upór, nadzieja, że może tym razem się uda i ostatecznie przekonanie, że w sumie nic wielkiego się nie stanie jak kolejny raz mi coś nie wyjdzie. Życie. Moje tak bardzo 🤷‍♀️.


niedziela, 19 kwietnia 2026

Veganuary, czyli kolejny rok nie wyszło

Od dłuższego czasu, od ładnych kilku lat, w styczniu podejmuję Dry January oraz Veganuary. Po prawdzie oba podejścia staram się realizować na co dzień, niezależnie od miesiąca w roku, ale jak to z staraniami bywa - bywa różnie.

Miałam momenty silnych postanowień i silnych realizacji. Jednocześnie jestem bardzo słabym człowiekiem i często się poddaję. Muszę zaczynać na nowo, albo wcale. Jakiś czas temu jak zakładałam konto Wegoszka, czyli odświeżenie tego blogowego kotleta ;), byłam bardzo zdeterminowana, żeby dołączyć do społeczności wegan. Jak byłam na diecie - była to również dieta roślinna. Jednak nie będę oszukiwać - tego zacnego tytułu używać nie powinnam.

Jakiś czas temu moje instagramy obiegły treści, gdzie wieloletni polscy weganie negują nazywanie się tak przez osoby, które tylko aspirują do takiej postawy (czytaj są wegetarianami, bo okazjonalnie podjedzą jajka i nabiał). I kurczę to jestem ja. Lubię o sobie myśleć "aspirująca weganka", ale jednocześnie wiem jak mi do tego miana daleko. Niestety. Niestety też nie umiem jednoznacznie zgodzić się w 100% z żadną ze stron tej dyskusji w kwestii nazewnictwa, choć argumenty wydają się racjonalne i tu, i tu. 

Stwierdziłam w związku z tym, że ja to jestem ja, nie muszę swoim życiem i wyborami robić żadnego statementu, choć dla własnego dobrego samopoczucia i akceptacji unikam hipokryzji. I mogę z całym przekonaniem powiedzieć, że chciałabym być prawdziwą weganką (i sportowym freakiem 🙈), ale też doskonale wiem co mnie ogranicza i powstrzymuje. Niestety nie mogę tego zrzucić na otoczenie, czynniki zewnętrzne lub inne łatwe wymówki. To stricte mój wybór i moja słabość: słabość postanowień, racjonalizowanie wyborów, wygodnictwo sytuacyjne i ułomność asertywności. Dołóżmy do tego lenistwo i wymawianie się pracą, i mamy pełny obraz, że chciałabym, aby coś było podarowane z nieba, ot tak, a nie dokonane samodzielnie.

Natomiast, żeby nie było że nic nie robię - patrzcie pierwszy akapit. Z moim wege wyborem jestem już 9 lat, nie wrócę do jedzenia mięsa - mam nadzieję - że nigdy. Jeszcze wierzę, że dokonam kiedyś takiego pełnego przejścia na weganizm 🤞. 

Póki co cel to wrócić na ścieżkę ewolucja, nie rewolucja. W wyniku wielu składowych, jeszcze większej słabej woli i niemoralnego wręcz pofolgowania sobie prawie zapomniałam o efektach mojej zeszłorocznej diety. Chciałabym znowu być taka dumna z siebie jak wtedy, jak również wrócić do takiego dobrego momentu, w którym się wtedy znajdowałam. Może to przez to schudnięcie, a może przez poczucie sprawczości, ale na pewno przez pewną stabilność, jaką miałam wtedy w życiu: tamten rok i procesy, przez które przechodziłam, były takie... dobre. Od rewolucji pod koniec 2025 roku związanej z pracą, mieszkaniem, a teraz nowymi, niefajnymi okolicznościami gdzieś straciłam takie poczucie,  że jest albo będzie dobrze. Może też dopiero doceniłam, że wtedy tak było? Może dopiero teraz widzę, że to nie kwestia wagi, ale utrzymanie diety, samopoczucie, samoakceptacja była wynikiem tego, że to był właśnie dobry czas, a nie na odwrót - że dobry czas był efektem schudnięcia. Anyway, bo to zagmatwane się robi - chcę okrzepnąć w obecnej sytuacji i... nawet nie wiem co? zaakceptować? zmienić? znaleźć swoje "dobrze" w niej, na tyle na ile coś ode mnie zależy?

W ciekawą stronę powiodły mnie rozważania o nazywaniu się weganinem bądź nie. I na szczęście idzie wiosna 🌷.



niedziela, 4 stycznia 2026

Zwariowałam i vloguję!

Szaleństwo ostatnich miesięco-tygodni trwa. Nasuwa mi to nawet kilka fajnych tematów na posty, ale jednak czas pożytkuję z dala od monitorów. Ostatecznie nie mam czasu, żeby usiąść i zebrać myśli na spokojnie.

Jak wiecie lub nie, przewróciłam swoje życie do góry nogami decydując się na zmianę pracy i zakup mieszkania w tym samym czasie (oraz porzucenie diety 🙈). W ogólnym rozrachunku nie polecam 🤣. Tym bardziej mam olbrzymi zachwyt nad żyćkiem mojej siostry, która zdecydowała się na podobną rewolucję: przeprowadzka z rodziną z UK do Polski, powrót do rodzinnego miasta i domu, nowa praca, nowe szkoły dla dzieci i zupełnie nowa codzienność. Nie powiecie, że to nie jest WOW.

Dla mnie z kolei moja obecna sytuacja to idealna wymówka na wszystko i właśnie to jest jeden z ciekawszych tematów do spisania. Jeżeli jednak chodzi o przemyślenia to zdecydowałam się dokumentować swoją przygodę z moim nowym mieszkaniem. Nie dlatego, żeby poszło w viral lub przyniosło mi zaangażowaną społeczność, tylko dlatego że - podobnie jak do bloga - chcę wrócić za parę lat i z nutką nostalgii wspominać, co przeżywałam w tym intensywnym czasie. Bo mówiąc dokumentować mam na myśli, że zaczęłam kręcić sobie filmiki, vlogi, i wrzucam to publicznie na YT 😁. 

Ta przygoda z YT to w ogóle zupełnie terra incognita i wyjście poza strefę komfortu społecznego. Raz, że to co TU piszę mogę sobie po prostu przemyśleć, przeczytać i poprawić błędy. Dwa, że robię to o dogodnej porze, a materiały lub zdjęcia, które udostępniam są w jakiś tam sposób selekcjonowane. Trzy, że nie pokazuję się tu w roboczych ciuchach i wielokrotnie bez przygotowania "scenicznego" 😅. Jak można się domyślać w przypadku filmików wszystko to wychodzi na opak.

Jeśli chcecie się przekonać jak postępuje moja remontowa przygoda (która na moje nieszczęście postępuje powoli) oraz "kariera telewizyjna" zapraszam na mój kanał 🎬:


niedziela, 2 listopada 2025

Do dna!

Mój ulubiony "projekt" ostatnio to "projekt denko", który chyba kojarzą już tylko milenialsi, nie wydaje mi się aktualnie jakiś taki popularny w socjalach. Ja z kolei przeżywam osobisty jego renesans spowodowany oszczędnością, ale także pozbywaniem się rzeczy przed pakowaniem. Co prawda te kosmetyki, które wykończę, nie zrobią dużej różnicy w ogromie moich utensyliów, ale jak można zauważyć wycieram sobie gębę przeprowadzką na różne sposoby 🙈.

Swoisty projekt denko powinien również objąć moje zapasy kuchenne i skarby szafkowe, ale w tym przypadku też wycieram sobie gębę - tylko, że innym tematem - dietą. Tą powinnam już kończyć, wychodzić trzymając się ostatnich rozpisek, żeby efekt się nie cofnął, a ugruntował. A nie dalej jak dzisiaj pomyślałam, że naprawdę mogłabym tu i teraz zjeść pudło lodów i zagryźć czekoladą, i tylko zdrowy rozsądek mnie powstrzymał. I fakt, że wcześniej już opierdzieliłam snickersa 🙄. Więc stwierdzam, że mam jakiś problem ze słodyczami, bo po prostu nie umiem, nie potrafię (!) sobie odmówić. Kurde, wiem, że to tylko wymówka, jak wszystko w moim życiu, ale tak bardzo nie umiem... a inni umieją, odmawiają sobie, umieją też ćwiczyć, nie mają wymówek lub potrafią z nimi wygrywać.

Stop. Stop z porównywaniem się z innymi. 

Do brzegu. Moje kosmetyczne denka lubię sobie gdzieś odnotować, bo korzysta się z kosmetyków w takiej liczbie i różności, że nawet perełki potrafią zostać zapomniane. Dwa razy wrzucałam już zdjęcia na instagram i pewnie tam zostawię sobie te "niezapominajki", a tutaj chciałam tylko opisać zjawisko. Które swoją drogą już opisałam, meandrując po wątkach pobocznych 😅. Nie będzie to długi post. Ale looknęłam też sobie na stare posty i o denkowaniu były trzy - naprawdę nie pamiętałam do teraz, że używałam takich różności! To mnie bawi w tym blogowaniu najbardziej ❤ Cofanie się do rzeczy, sytuacji i uczuć tak prostych, że chciałam się nimi podzielić, a jednocześnie nie mam szans o nich inaczej pamiętać ❤.

Widzę jeszcze, że wcześniej próbowałam bawić się w recenzentkę. Opisy, stosowanie, działanie. Teraz tak nie robię, bo nie ogarniam mojej skóry ani włosów 🙈. Trochę nie wierzę, że dobro robią kosmetyki bez całej otoczki zdrowego stylu życia lub właściwej suplementacji. Skupiam się obecnie na tym, że albo coś bardzo lubię i chętnie kupię ponownie, albo coś jest słabe lub zupełnie przeciętne. A cała masa kosmetyków i tak zalicza się do tej ostatniej kategorii. Np. chcę wierzyć, że spray termoochronny działa i chroni włosy, ale czy ja to widzę??? Nie 😅. A jak rzecze stara reklama (milenialsi pamiętają) - jak nie widać różnicy, to po co przepłacać 😇.

Zatem na ostatnie denkowanie zapraszam na Instagram, skąd dowiecie się na przykład, że jedyną partią ciała, którą trenowałam w ostatnich miesiącach była... moja skóra 😅.


niedziela, 26 października 2025

Rutyna zabija?

Być może, ale nie mnie... 

W ostatnim czasie, na przestrzeni paru tygodni, ale też właściwie od miesięcy, odnoszę wrażenie, że moje życie przejeżdża przez rollercoster. Zarówno pod względem wrażeń, jak i szybkości ich zadziewania się. Zbieram bardzo dużo nowych doświadczeń w pracy, jak i tych związanych z własnym M. Żyję w ciągłej huśtawce nastrojów: ekscytacja miesza się ze strachem, a odwaga z paniką. Odczuwam permanentny brak czasu - to chyba odbija się na mnie najmocniej.

Co mam na myśli mówiąc o rutynie, którą raczej straszy się w powiedzeniach i może kojarzyć się z powolnym pogrążaniem się w stagnacji? Ja tak o niej nie myślę. Sądzę nawet, że mi to dobrze organizowało czas i dzień. Poprawiało produktywność. Chroniło przed rozlazłością. 

To moja pora spać ustawiona na iphonie, zajęcia sportowe zapisane na konkretny dzień, do konkretnej grupy, to czas wolny, który mogłam spędzić przeglądając internety i na wysyłaniu wiadomości do znajomych. To regularność w suplementacji i trzymanie się diety, a więc i efekty z jej stosowania. (Akurat rutyna diety jest najmniej udaną, z niej potrafi mnie wybić każdy weekend lub dzień wolny, spotkanie towarzyskie lub lenistwo 🙈.)

A przede mną jeszcze parę wyzwań, w tym wydaje się największe, które trochę póki mogę odwlekam - wejście w tryb pracy zmianowej. Myślałam, że zanim do tego dojdzie ugruntuję się trochę, ukorzenię w nowej sytuacji. Nabiorę trochę ogłady z kulturą organizacyjną w pracy i złapię oddech po biurokratycznej części związanej z zakupem mieszkania. Myślałam, że odnajdę się na nowo w rutynie, którą porzuciłam pod koniec września. Że zbuduję sobie nową, tymczasową, bo doszłam do wniosku, że mało co mi daje takie poczucie stabilności jak moja własna rutyna. Ja nawet lubię to słowo, samo w sobie! 😊.

Niestety. Póki co moje wysiłki spełzają na niczym. Raz, że wejść w nową organizację z jej wyjątkowo skomplikowanymi procesami nie jest łatwo - pewności siebie w takich warunkach nie umiem nabyć w miesiąc. Codziennie w pracy działam na maksa, tworzę sobie kolejne synapsy w swym mózgu próbując raz, że zapamiętać, ale i jakoś ustrukturyzować potrzebną wiedzę. A gdzie jeszcze praktyka!! Dwa, że z mieszkaniem też jest jeszcze mnóstwo rzeczy do ogarnięcia, w tym takich, których się nie spodziewałam, bo - jak może już wiecie - nie planowałam kredytu, zakupu i właścicielstwa. Nie przygotowywałam się do tego, a jak ktoś opowiadał - to może i nie słuchałam uważnie. I teraz zaskakuje mnie, że: a to muszę się do "elektrowni" wybrać, a to do spółdzielni, a to pewnie z planowanym remontem również wyskoczy cała masa rzeczy, o których nawet nie pomyślałam 😨.

W tym wszystkim, dziejącym się symultanicznie, tak bardzo brakuje mi czasu. Towarzyszy mi stale uczucie, że go nie mam. I chyba z tego powodu myślę, że brakuje mi też rutyny - bo nie mam na nią czasu. Czas to luksus, na który mnie nie stać. Nie wiem kto to powiedział, ale powiedział mądrze 😎.

Boję się, żeby nie powiedzieć, że mnie to przeraża, że nie wiem jeszcze jak zareaguję na pracę zmianową. W systemie czterobrygadowym, czyli - dla mnie jeszcze myślącej że - zupełnie dociążającym. Nie wiem jak moje ciało zareaguje na nocki, pracę światek, piątek czy niedziela, albo pojedyncze zmiany dwunastogodzinne. O której będę spać po pracującej nocy, o której uda mi się zasnąć przed dniówką, czy.... Nic nie wiem 🤷‍♀️. W pamięci mam okres 3-miesięcznej pracy w hotelu, gdzie pracowałam w systemie dzień/noc po 12h i pamiętam, że dni leciały mi przez palce: dzisiaj nic nie zrobię, bo to jest dzień przed nocką i muszę się wyspać, a jutro nic nie zrobię, bo jestem po nocce. To był dla mnie dramat. Ja naprawdę do produktywności muszę się zmuszać, a taka łatwa wymówka jaką jest praca będzie na wyciągnięcie ręki. A w życiu jest jeszcze tyle do przeżycia. Jakie ja mam nadal plany związane z pokojem pasji Gosi! Nie chcę skończyć w stagnacji, między zmianą a zmianą (nie życiową, a służbową). 😱.

I dlatego, ze względu na powyższe, nadziei upatruję w powrocie do rutyny. Może nie per dzień tygodnia, ale może sprawdzi mi się, że "przypnę" ją do zmian. Coś po nockach, coś przy popkach. Pory posiłków też już sobie rozpisałam (tak działam z dietą), ale nie wiem jak będę spać, więc sztywne ramy na razie są bez sensu. Chociaż rozpisałam sobie też scenariusze w zależności od godzin spania 😉. Samo planowanie jakiś rozwiązań też mnie uspokaja w obecnej sytuacji.

Z trzeciej strony wiem, że jeszcze daleka droga do stabilizacji i usadowienia się w nowych ramach. Listopad i grudzień to oprócz pierwszych miesięcy pracy zmianowej, będzie to też czas remontu i przeprowadzki. Mam za sobą trzy przeprowadzki, a z mieszkania na mieszkanie rośnie u mnie ilość rzeczy, które mam (w tym meble), że możecie mi wierzyć - stresuje mnie ta wizja i zbliżający się termin. Remont, choć robię dla siebie i pod siebie, stresuje mnie jeszcze bardziej ze względu na koszty. Jak myślałam, że stres się skończy z zakupem mieszkania - byłam bardzo w błędzie.

Czy znajdę w najbliższym czasie jakiś sposób, jak poradzić sobie z natłokiem zadań, tematów, decyzji i myśli? Co jeszcze mogłabym zrobić, jakiego narzędzia spróbować? Oprócz planowania, że kiedyś będę żyć idealnie rutynowym życiem, pomaga mi też ubranie tego co przeżywam w słowa i ich spisanie, dlatego to robię. Ciutek mi lepiej, po weekendzie, który minął nawet nie wiem kiedy i był skrajnie emocjonujący. Ale zyskałam w nim ekstra godzinę - LUKSUS! 💛

Rutyna pomaga mi też TO ENJOY LIFE 🥰
I cake także lubię 😉 

czwartek, 16 października 2025

Nieznajomość prawa szkodzi!

Ostatnio nachodzi mnie myśl, że powiedzenia i mądrości ludowe są naprawdę... mądre. Może to trochę jak z horoskopami, że właściwie zastosowane dają odniesienie i wytłumaczenie do naprawdę wszystkiego i w każdej sytuacji. Ja powołuję się na nie bardzo chętnie, a pozostając w tematyce z ostatniego posta, czyli czasopism, do dzisiaj pamiętam, że gdzieś kiedyś czytałam taki felieton o "mądrościach łopatą pisanych" - nie pamiętam niestety tytułu, ale było tam nawiązanie do łopaty. Chyba w odniesieniu do toporności niektórych związków frazeologicznych lub ich takiej uniwersalności, że aż można to porównać do wyświechtania.

I w sumie racja. Jak wyżej napisałam: każde powiedzonko można zastosować w wielu kontekstach. A jak myślę sobie o mojej obecnej sytuacji, to tytułowa nieznajomość prawa nad wyraz mi szkodzi. I kosztuje.

Żeby nie było - nie doszło (jeszcze 😉) z mojej strony do złamania lub pogrywania sobie z prawa grożącego poważnymi konsekwencjami, ale mam w sobie realny strach przed faux pas lub - w odniesieniu do firmy - prawa złamaniem. 

Doświadczam ostatnio nowych rzeczy - zawodowo, jak i prywatnie, gdzie zakup mieszkania to szkoła prawa, administracji i finansów. Ja jako dusza jednak bardziej artystyczna niż ścisła, w świecie prawniczo-bankowego żargonu jestem niczym płotka wśród rekinów. To dla mnie przytłaczające, niezrozumiałe, po ludzku - trudne. Stresuje mnie fakt, że nie rozumiem, że nie znam tych słów i ich zlepków. Nie rozumiem o czym stanowią przepisy i trzeba sporo mi poprzekładać z polskiego "na nasze", żeby rozumiała. I raz, że nie lubię nie rozumieć i źle się z tym czuję, a dwa, że sporo potrafią kosztować usługi takich "tłumaczy".

A wszystko to piszę w takim kontekście, że jako obywatel czy pracownik mamy pewne obowiązki i reguły do przestrzegania, których złamanie lub w których pomyłka może grozić konsekwencjami. W obu przypadkach nie wybroni nas postawa "ja nie wiedziałam". Może zminimalizuje konsekwencje, ale skoro mleko i tak się rozleje...

Żeby nadać szerzy kontekst wypełniałam sobie deklarację do urzędu i niby są do niej samouczki (ach, ta magia AI!) i podpowiedzi, a i tak odpadłam po dwóch nieudanych próbach. Może nie tyle nieudanych, co naprawdę nie wiedziałam jak to wypełnić, co wpisać w deklarację, a pomna dwóch czynnych żali do Urzędu Skarbowego chcą uniknąć kolejny raz kłopotów lub dodatkowych akcji, z wielką prośbą musiałam wrócić do swojego doradcy... Znów. Który nie robi tego z dobroci serca lub powinowactwa, a jednak z charakteru swojej pracy.

Tak myślę jeszcze, że sprawę mojego bycia "dzieckiem we mgle" wśród przepisów praca, spraw administracyjnych i bankowych wyniosłam z domu. Nie dlatego, że był to jakiś nadmiernie biedny i zacofany dom, ale właśnie dlatego, że był to dom zupełnie przeciętny. Nikt z nas nie był przedsiębiorącą, nikt nie ma takiego wykształcenia lub znajomości. Zawsze zgodni z prawem, ale też dający się jak najbardziej oskubać - bo nieznajomość prawa szkodzi w dwójnasób. Teraz już znam ludzi, dla których kreatywne zarządzanie to chleb powszedni, jednak nie jest to moja pierwsza linia kontaktu, do której zwrócę się z prośbą o pomoc (z różnych powodów, ale o tym innym razem). Dlatego jestem głęboko przekonana, że dobry start to nie tylko "dziani" rodzice, ale także te wartości i umiejętności niematerialne, które wynosimy ze środowiska, z którego startujemy. I podpisuję się rękoma i nogami pod postulatami, żeby polska szkoła w końcu uczyła umiejętności praktycznych! Podatkowych, bankowych, administracyjnych. Szkoła, a może potem i studia na początku, gdzie obowiązkowa jest filozofia o.O, a nie system podatkowy.

Ech, zostawiam te deklaracje, sama i tak nie ogarnę, a czeka na mnie smaczna kolacja. A jedzonko nie jest skomplikowane. Jedzonko lubię 🥰.



Zdjęcie nie powiązane z prawem, ale to tak dobre wegańskie gofry, że mi osłodzą stres związany z urzędowymi doświadczeniami z dzisiaj 😉 przepis: IG: beznabialu

poniedziałek, 13 października 2025

Znak(i) na papierze

Indoktrynowana mądrą częścią mojego Instagrama od dłuższego czasu wiedziałam, że jest takie mądre czasopismo jak "Pismo". Światopoglądowe, twórcze, z ciekawą i pogłębioną tematyką. Długo się opierałam, aż trafił w moje ręce numer o fabrykach jedzenia. A, że to trochę zainteresowanie zawodowe skusiłam się na ten - nomen omen - smaczny kąsek.

W tym samym czasie moja bliska znajoma, również zainteresowana tematyką numeru, zakupiła miesięcznik "Znak". Też był numer o jedzeniu, poświęcony złu jakim jest, a może nie jest, cukier. Na temat cukru i niezdrowego jedzenia, temat mocno odmieniony przez przypadki wszystkich literatur naukowych, mód i diet, "Znak" zgłębiał. 

Wymieniłyśmy się magazynami i powiem Wam, że ja w "Znaku" przepadłam. Nie wiem czy to kwestia tego, że byłam już po intelektualnej rozgrzewce "Pismem" czy jednak styl przypadł mi do gustu bardziej, ale "Znak" mi siadł i tak trafiły w moje ręce dwa kolejne numery. I czuję, że to nie będą ostatnie.

Wrześniowy numer "Znaku" tak ze mną wyjątkowo rezonuje: tematyką, historiami, tekstami, momentami całymi zdaniami, że stwierdziłam, że muszę to odnotować. Nie jest łatwo na co dzień prowadzić ze znajomymi ożywione dysputy w odniesieniu do fachowej literatury, w taki mądry i kulturalny sposób, a czytanie tych dwóch gazet daje mi takie poczucie dyskusji. I chęć, żeby z kimś te tematy przedyskutować dalej. Przewagą "Znaku" nad "Pismem" jest dla mnie - kurczę, trochę słabo się przyznać 🙈 - ale "Znak" napisany jest prostszym językiem. 

Tematem numeru jest produktywność, więc jest artykuł o zmianach w firmach względem różnych rewolucji przemysłowych, ale i cały reportaż o... nudzie. Ten artykuł bardzo mi się podobał, nie sądziłam, że nuda może być tak skomplikowanym stanem. 
"Błąd polega na tym, że gdy mówimy o tęsknocie za nudą, opisujemy tęsknotę za spokojem. A istotą nudy jest niepokój."
"Czuję więc potrzebę zredefiniowania nudy egzystencjalnej - to nuda, w której (na skutek zewnętrznych okoliczności, takich jak własna nieumiejętność bycia z Innym, ale również brak miejsca oraz pretekstu, które umożliwiałyby mi to bycie) jestem sama. Sama dla siebie ze sobą."
Och no dużo bym musiała zacytować. Nuda jako oczekiwanie monotonii w świetle dynamicznie zmieniającego się świata, w którym wiecznie dużo (za dużo) się dzieje. 
W końcu nuda, jako brak wzniosłości w życiu. Albo właśnie jako piękna alternatywa, "zgoda na zwyczajnie życie".

Do tego taka piękna grafika (autorka: Dorota Piechocińska), która trafi do mnie chyba na ścianę.


A drugi artykuł, który głęboko poruszył moje struny, głównie przez otwartą postawę samego autora, to "Dlaczego nie mamy dzieci". Autor, mężczyzna, a chciałabym z nim zbić piątkę. Lepiej tego sama nie oddam:
"(...) zbliżam się do czterdziestki i nie mam dzieci. Nie będzie to jednak kolejny konfesyjny esej o zaletach bezdzietności, o presji społecznej na posiadanie potomstwa, o tym, jak brak własnych pociech ofiarował mi wolność, której nie mogą zaznać ludzie będący rodzicami. Ba, czasem mam wrażenie, że nie doświadczyłem w życiu czegoś istotnego. Uważam, że fakt, że nie jestem ojcem, odebrał mi pewną fundamentalną w tym wieku perspektywę (...)"
No cóż... z ust mi to wyjął. Autor dodał jeszcze na wstępie "To jeszcze nie koniec: ja wcale nie zamierzam nie mieć dzieci." Tu akurat facetem jest łatwiej zrealizować takie założenie 🙄.
Sam artykuł naprawdę w fajne tony bije, wybija argumenty o mieszkalnictwie czy zarobkach. W prosty, ciekawy, ale jednocześnie kompleksowy sposób rozkłada na czynniki dlaczego to nie 800+ wpłynie na dzietność lub nie. Polecam. 

Ach i jeszcze parę stron o przereklamowanym dobrostanie. Z podtytułami z cytatów z piosenki Mix Sałat Taco Hemingwaya i Darii Zawiałow. W punkt. 



Dobre to było. Jakże zdrowsze niż przegląd SM przed snem. Nie mówię tylko o piosence, ale o "Znaku" of course.

Październikowy numer już mam 😊.