niedziela, 19 kwietnia 2026

Veganuary, czyli kolejny rok nie wyszło

Od dłuższego czasu, od ładnych kilku lat, w styczniu podejmuję Dry January oraz Veganuary. Po prawdzie oba podejścia staram się realizować na co dzień, niezależnie od miesiąca w roku, ale jak to z staraniami bywa - bywa różnie.

Miałam momenty silnych postanowień i silnych realizacji. Jednocześnie jestem bardzo słabym człowiekiem i często się poddaję. Muszę zaczynać na nowo, albo wcale. Jakiś czas temu jak zakładałam konto Wegoszka, czyli odświeżenie tego blogowego kotleta ;), byłam bardzo zdeterminowana, żeby dołączyć do społeczności wegan. Jak byłam na diecie - była to również dieta roślinna. Jednak nie będę oszukiwać - tego zacnego tytułu używać nie powinnam.

Jakiś czas temu moje instagramy obiegły treści, gdzie wieloletni polscy weganie negują nazywanie się tak przez osoby, które tylko aspirują do takiej postawy (czytaj są wegetarianami, bo okazjonalnie podjedzą jajka i nabiał). I kurczę to jestem ja. Lubię o sobie myśleć "aspirująca weganka", ale jednocześnie wiem jak mi do tego miana daleko. Niestety. Niestety też nie umiem jednoznacznie zgodzić się w 100% z żadną ze stron tej dyskusji w kwestii nazewnictwa, choć argumenty wydają się racjonalne i tu, i tu. 

Stwierdziłam w związku z tym, że ja to jestem ja, nie muszę swoim życiem i wyborami robić żadnego statementu, choć dla własnego dobrego samopoczucia i akceptacji unikam hipokryzji. I mogę z całym przekonaniem powiedzieć, że chciałabym być prawdziwą weganką (i sportowym freakiem 🙈), ale też doskonale wiem co mnie ogranicza i powstrzymuje. Niestety nie mogę tego zrzucić na otoczenie, czynniki zewnętrzne lub inne łatwe wymówki. To stricte mój wybór i moja słabość: słabość postanowień, racjonalizowanie wyborów, wygodnictwo sytuacyjne i ułomność asertywności. Dołóżmy do tego lenistwo i wymawianie się pracą, i mamy pełny obraz, że chciałabym, aby coś było podarowane z nieba, ot tak, a nie dokonane samodzielnie.

Natomiast, żeby nie było że nic nie robię - patrzcie pierwszy akapit. Z moim wege wyborem jestem już 9 lat, nie wrócę do jedzenia mięsa - mam nadzieję - że nigdy. Jeszcze wierzę, że dokonam kiedyś takiego pełnego przejścia na weganizm 🤞. 

Póki co cel to wrócić na ścieżkę ewolucja, nie rewolucja. W wyniku wielu składowych, jeszcze większej słabej woli i niemoralnego wręcz pofolgowania sobie prawie zapomniałam o efektach mojej zeszłorocznej diety. Chciałabym znowu być taka dumna z siebie jak wtedy, jak również wrócić do takiego dobrego momentu, w którym się wtedy znajdowałam. Może to przez to schudnięcie, a może przez poczucie sprawczości, ale na pewno przez pewną stabilność, jaką miałam wtedy w życiu: tamten rok i procesy, przez które przechodziłam, były takie... dobre. Od rewolucji pod koniec 2025 roku związanej z pracą, mieszkaniem, a teraz nowymi, niefajnymi okolicznościami gdzieś straciłam takie poczucie,  że jest albo będzie dobrze. Może też dopiero doceniłam, że wtedy tak było? Może dopiero teraz widzę, że to nie kwestia wagi, ale utrzymanie diety, samopoczucie, samoakceptacja była wynikiem tego, że to był właśnie dobry czas, a nie na odwrót - że dobry czas był efektem schudnięcia. Anyway, bo to zagmatwane się robi - chcę okrzepnąć w obecnej sytuacji i... nawet nie wiem co? zaakceptować? zmienić? znaleźć swoje "dobrze" w niej, na tyle na ile coś ode mnie zależy?

W ciekawą stronę powiodły mnie rozważania o nazywaniu się weganinem bądź nie. I na szczęście idzie wiosna 🌷.