Pokazywanie postów oznaczonych etykietą lifestyle. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą lifestyle. Pokaż wszystkie posty

środa, 1 lipca 2026

Z pokoju pasji Gosi... historia nieszczęśliwych spodni

Uszyłam swoje pierwsze w życiu spodnie!

I na tym sukces w tej historii chyba by się skończył 😅. Wszystko zaczęło się dobrze - po wcześniejszych szyciowych wpadkach zdecydowałam się podejść bardzo na spokojnie do tego projektu, z precyzją i wcześniejszym przygotowaniem. Dokładnie odrysowałam i wykroiłam wykrój oraz przygotowałam model testowy ze starego prześcieradła 💪. Na tym etapie nic nie zapowiadało jeszcze klęski.

Jako wzór wybrałam szerokie kuloty z zakładkami i na docelowy materiał przeznaczyłam śmietankowo-białą mieszankę lnu i wiskozy, z odrobiną elastanu. Materiał nowy, kupowany w sklepie stacjonarnym, więc sam w sobie kosztował już jak przeciętne spodnie w tańszej sieciówce. Ostatecznie okazał się jak dla mnie zbyt prześwitujący i też utrudnia stylizowanie gotowych spodni.

Po przygodach z za małymi rzeczami (bo... hmm... czy wspominałam, że dieta i Gosza - to nie może się udać? 🙈) chciałam mieć dobrze dobrany rozmiar i udawałam, że mnie nie boli, że według rozmiarówki Burda wypadam w talii na rozmiar 40, a w biodrach 44 😱. Skoro tak mówi tabelka, to widocznie tak musi być. Tak też skroiłam elementy, zszyłam model testowy i jeszcze nie widziałam wad.

Pierwowzór. Całkiem to wygląda, co nie?

Mam wrażenie, że na zdjęciu spodnie w wersji testowej wyglądają całkiem zacnie i na tym etapie - brak wszycia guzików, zrobienia dziurek czy podłożenia nogawek - zakończyłam prace nad modelem testowym, żądna i gotowa kroić docelowy materiał.

Żałuję, że jestem samoukiem bez naturalnego talentu. Mówię tak, bo śledzę na YT dziewczynę, która zdecydowanie taki talent posiada! Oceniam tak po objerzeniu jej filmów z tego co i jak szyje, jak potrafi kształtować wykroje i jak jej garderoba potem na niej leży. Chapeau bas, szacun, zazdro, bo wydaje się, że start dokładnie taki sam miałyśmy. W rodzinie u mnie też szyła babcia, choć nie miałam okazji czegokolwiek się od niej nauczyć 😔. Zostały jednak materiały, część mocno vintage, z których teraz mogę korzystać. Trochę pasmanterii typu guzki czy tasiemki. Ja też zaczynałam sama, akurat nie z YouTube'a, ale z samouczków w gazetach typu "szkoła szycia" - Burda miała kiedyś takie wydania specjalne. Potem - bo do mojej pasji podchodziłam jak to ja, falami, raz intensywnie, raz odkładałam to do szafy na całe lata - podglądałam tutoriale na YT, byłam na kilkugodzinnym kursie w szkole krawieckiej, ale stopień ogarniania tego przeze mnie już zupełnie się nie umywa do Michaliny. Aha, bo Dziewczyna, której kanał naprawdę polecam dla szyjących, to michalina.studio - mega zdolna bestia, która powoduje, że mi się chce, ale też wpędza w kolejne kompleksy 😂.


No więc wracając do tematu - taka Michalina ogarnęłaby, że rozmiar i krój spodni nie pasuje i naniosła odpowiednie poprawki. Ja tego nie zauważyłam na etapie modelu testowego i pełna nadziei, i zachęcona przystąpiłam do realizacji docelowego wzoru.

Jako że całą cześć zabawy z wykrojem miałam już wcześniej za sobą, samo krojenie i szycie zabrało mi może trzy popołudnia. Nauczyłam się robić na maszynie dziurki na guzki! Oraz wszywać pas do spodni, bo instrukcja w gazecie wymagała ode mnie wsparcia się jakimś tutorialem wideo.

Po ukończeniu się zaczęło:

- materiał - prześwituje za bardzo,

- zakładki - zaszyte w drugą stronę 🤦‍♀️ - do teraz się zastanawiam jak ja mogłam zrobić taki błąd. Błąd, który chyba najbardziej dojechał ten projekt. Raz, że forma już nie taka; dwa, że trudniej zakładkami dopasować rozmiar; trzy - nie po to robiłam wersję 1.0 żeby pomylić się aż tak w finalnej!

- rozmiar - spodnie wiszą w pasie, brzydko układają się przy siedzeniu lub pochylaniu z uwagi na punkt wyżej i to, że wiszą w pasie 😒.

- styl - uszyłam sobie spodnie, których nie mam do czego założyć 🤡. Brawo ja. Nie pomyślałam o tym wcześniej wybierając model do uszycia. Po prostu mi się spodobały na modelce w gazecie. Wiem jak można je wystylizować, nie mam natomiast takich ubrań w szafie 😣.

I teraz wiem, że czas najwyższy pochwalić się efektem końcowym, ale podpowiem, że na zdjęciu na wyglądają aż tak źle 😂. Mój chat GPT nawet je pochwalił, porównując do kolekcji z Massimo Dutti 🤣.



Znajdź trzy różnice 😅 kot się nie liczy 😉


Ale ten post jest również o tym, że na nowo trudno mi się zabrać za jakiś projekt. Czuję, że nie umiem dość dobrze, nie mam wiedzy, a szycie prostych kosmetyczek lub poduszek mnie nie satysfakcjonuje. Wiem, że potrzeba praktyki, nie powinnam się zrażać, wiem też jakie, w ostatnim bardzo smutnym i trudnym czasie dla mnie, czas szycia daje mi benefity. 

Na pierwszy plan wysuwa się mój podcinający skrzydła perfekcjonizm i szkodliwe, zabijające wiarę w siebie, porównywanie się z innymi. Nie chodzi nawet o wspomnianą Michalinę, ale w SM jest mnóstwo contentu twórców, którzy tworzą na rolkach często, dużo i doskonale. Niby mam pełną świadomość swoich ograniczeń i niepełnej prawdy pokazywanej w socjalach, a i tak to paliwo dla krytyka i oponenta wewnątrz mnie. Takiego, który mówi "innym razem się do tego zabierzesz", "zmarnujesz tylko materiał" i "wcale ci się nie chce tego robić". Przez co odkładam, zaniechuje i tak trwam w pauzie, choć wytypowałam kolejny projekt, tym razem sukienkę. Mam przeczucie, że nic z tego nie wyjdzie, a instrukcja wydaje się trudniejsza z każdym jej czytaniem.

Z drugiej strony trochę dorosłam. Znam swoje bolączki i ograniczenia, umiem nazwać te wady mojej konstrukcji psychicznej 😉. Nie znalazłam jeszcze sposobu na poradzenie sobie z tym, wyplenienie perfekcjonizmu i zaprzestanie porównywania się. Szkoda, że nie ma odpowiedniej pralni mózgu dla mnie. Jednocześnie przeciwstawieństwem do mojego wewnętrznego krytyka jest mój upór, nadzieja, że może tym razem się uda i ostatecznie przekonanie, że w sumie nic wielkiego się nie stanie jak kolejny raz mi coś nie wyjdzie. Życie. Moje tak bardzo 🤷‍♀️.


niedziela, 19 kwietnia 2026

Veganuary, czyli kolejny rok nie wyszło

Od dłuższego czasu, od ładnych kilku lat, w styczniu podejmuję Dry January oraz Veganuary. Po prawdzie oba podejścia staram się realizować na co dzień, niezależnie od miesiąca w roku, ale jak to z staraniami bywa - bywa różnie.

Miałam momenty silnych postanowień i silnych realizacji. Jednocześnie jestem bardzo słabym człowiekiem i często się poddaję. Muszę zaczynać na nowo, albo wcale. Jakiś czas temu jak zakładałam konto Wegoszka, czyli odświeżenie tego blogowego kotleta ;), byłam bardzo zdeterminowana, żeby dołączyć do społeczności wegan. Jak byłam na diecie - była to również dieta roślinna. Jednak nie będę oszukiwać - tego zacnego tytułu używać nie powinnam.

Jakiś czas temu moje instagramy obiegły treści, gdzie wieloletni polscy weganie negują nazywanie się tak przez osoby, które tylko aspirują do takiej postawy (czytaj są wegetarianami, bo okazjonalnie podjedzą jajka i nabiał). I kurczę to jestem ja. Lubię o sobie myśleć "aspirująca weganka", ale jednocześnie wiem jak mi do tego miana daleko. Niestety. Niestety też nie umiem jednoznacznie zgodzić się w 100% z żadną ze stron tej dyskusji w kwestii nazewnictwa, choć argumenty wydają się racjonalne i tu, i tu. 

Stwierdziłam w związku z tym, że ja to jestem ja, nie muszę swoim życiem i wyborami robić żadnego statementu, choć dla własnego dobrego samopoczucia i akceptacji unikam hipokryzji. I mogę z całym przekonaniem powiedzieć, że chciałabym być prawdziwą weganką (i sportowym freakiem 🙈), ale też doskonale wiem co mnie ogranicza i powstrzymuje. Niestety nie mogę tego zrzucić na otoczenie, czynniki zewnętrzne lub inne łatwe wymówki. To stricte mój wybór i moja słabość: słabość postanowień, racjonalizowanie wyborów, wygodnictwo sytuacyjne i ułomność asertywności. Dołóżmy do tego lenistwo i wymawianie się pracą, i mamy pełny obraz, że chciałabym, aby coś było podarowane z nieba, ot tak, a nie dokonane samodzielnie.

Natomiast, żeby nie było że nic nie robię - patrzcie pierwszy akapit. Z moim wege wyborem jestem już 9 lat, nie wrócę do jedzenia mięsa - mam nadzieję - że nigdy. Jeszcze wierzę, że dokonam kiedyś takiego pełnego przejścia na weganizm 🤞. 

Póki co cel to wrócić na ścieżkę ewolucja, nie rewolucja. W wyniku wielu składowych, jeszcze większej słabej woli i niemoralnego wręcz pofolgowania sobie prawie zapomniałam o efektach mojej zeszłorocznej diety. Chciałabym znowu być taka dumna z siebie jak wtedy, jak również wrócić do takiego dobrego momentu, w którym się wtedy znajdowałam. Może to przez to schudnięcie, a może przez poczucie sprawczości, ale na pewno przez pewną stabilność, jaką miałam wtedy w życiu: tamten rok i procesy, przez które przechodziłam, były takie... dobre. Od rewolucji pod koniec 2025 roku związanej z pracą, mieszkaniem, a teraz nowymi, niefajnymi okolicznościami gdzieś straciłam takie poczucie,  że jest albo będzie dobrze. Może też dopiero doceniłam, że wtedy tak było? Może dopiero teraz widzę, że to nie kwestia wagi, ale utrzymanie diety, samopoczucie, samoakceptacja była wynikiem tego, że to był właśnie dobry czas, a nie na odwrót - że dobry czas był efektem schudnięcia. Anyway, bo to zagmatwane się robi - chcę okrzepnąć w obecnej sytuacji i... nawet nie wiem co? zaakceptować? zmienić? znaleźć swoje "dobrze" w niej, na tyle na ile coś ode mnie zależy?

W ciekawą stronę powiodły mnie rozważania o nazywaniu się weganinem bądź nie. I na szczęście idzie wiosna 🌷.



niedziela, 2 listopada 2025

Do dna!

Mój ulubiony "projekt" ostatnio to "projekt denko", który chyba kojarzą już tylko milenialsi, nie wydaje mi się aktualnie jakiś taki popularny w socjalach. Ja z kolei przeżywam osobisty jego renesans spowodowany oszczędnością, ale także pozbywaniem się rzeczy przed pakowaniem. Co prawda te kosmetyki, które wykończę, nie zrobią dużej różnicy w ogromie moich utensyliów, ale jak można zauważyć wycieram sobie gębę przeprowadzką na różne sposoby 🙈.

Swoisty projekt denko powinien również objąć moje zapasy kuchenne i skarby szafkowe, ale w tym przypadku też wycieram sobie gębę - tylko, że innym tematem - dietą. Tą powinnam już kończyć, wychodzić trzymając się ostatnich rozpisek, żeby efekt się nie cofnął, a ugruntował. A nie dalej jak dzisiaj pomyślałam, że naprawdę mogłabym tu i teraz zjeść pudło lodów i zagryźć czekoladą, i tylko zdrowy rozsądek mnie powstrzymał. I fakt, że wcześniej już opierdzieliłam snickersa 🙄. Więc stwierdzam, że mam jakiś problem ze słodyczami, bo po prostu nie umiem, nie potrafię (!) sobie odmówić. Kurde, wiem, że to tylko wymówka, jak wszystko w moim życiu, ale tak bardzo nie umiem... a inni umieją, odmawiają sobie, umieją też ćwiczyć, nie mają wymówek lub potrafią z nimi wygrywać.

Stop. Stop z porównywaniem się z innymi. 

Do brzegu. Moje kosmetyczne denka lubię sobie gdzieś odnotować, bo korzysta się z kosmetyków w takiej liczbie i różności, że nawet perełki potrafią zostać zapomniane. Dwa razy wrzucałam już zdjęcia na instagram i pewnie tam zostawię sobie te "niezapominajki", a tutaj chciałam tylko opisać zjawisko. Które swoją drogą już opisałam, meandrując po wątkach pobocznych 😅. Nie będzie to długi post. Ale looknęłam też sobie na stare posty i o denkowaniu były trzy - naprawdę nie pamiętałam do teraz, że używałam takich różności! To mnie bawi w tym blogowaniu najbardziej ❤ Cofanie się do rzeczy, sytuacji i uczuć tak prostych, że chciałam się nimi podzielić, a jednocześnie nie mam szans o nich inaczej pamiętać ❤.

Widzę jeszcze, że wcześniej próbowałam bawić się w recenzentkę. Opisy, stosowanie, działanie. Teraz tak nie robię, bo nie ogarniam mojej skóry ani włosów 🙈. Trochę nie wierzę, że dobro robią kosmetyki bez całej otoczki zdrowego stylu życia lub właściwej suplementacji. Skupiam się obecnie na tym, że albo coś bardzo lubię i chętnie kupię ponownie, albo coś jest słabe lub zupełnie przeciętne. A cała masa kosmetyków i tak zalicza się do tej ostatniej kategorii. Np. chcę wierzyć, że spray termoochronny działa i chroni włosy, ale czy ja to widzę??? Nie 😅. A jak rzecze stara reklama (milenialsi pamiętają) - jak nie widać różnicy, to po co przepłacać 😇.

Zatem na ostatnie denkowanie zapraszam na Instagram, skąd dowiecie się na przykład, że jedyną partią ciała, którą trenowałam w ostatnich miesiącach była... moja skóra 😅.


niedziela, 26 października 2025

Rutyna zabija?

Być może, ale nie mnie... 

W ostatnim czasie, na przestrzeni paru tygodni, ale też właściwie od miesięcy, odnoszę wrażenie, że moje życie przejeżdża przez rollercoster. Zarówno pod względem wrażeń, jak i szybkości ich zadziewania się. Zbieram bardzo dużo nowych doświadczeń w pracy, jak i tych związanych z własnym M. Żyję w ciągłej huśtawce nastrojów: ekscytacja miesza się ze strachem, a odwaga z paniką. Odczuwam permanentny brak czasu - to chyba odbija się na mnie najmocniej.

Co mam na myśli mówiąc o rutynie, którą raczej straszy się w powiedzeniach i może kojarzyć się z powolnym pogrążaniem się w stagnacji? Ja tak o niej nie myślę. Sądzę nawet, że mi to dobrze organizowało czas i dzień. Poprawiało produktywność. Chroniło przed rozlazłością. 

To moja pora spać ustawiona na iphonie, zajęcia sportowe zapisane na konkretny dzień, do konkretnej grupy, to czas wolny, który mogłam spędzić przeglądając internety i na wysyłaniu wiadomości do znajomych. To regularność w suplementacji i trzymanie się diety, a więc i efekty z jej stosowania. (Akurat rutyna diety jest najmniej udaną, z niej potrafi mnie wybić każdy weekend lub dzień wolny, spotkanie towarzyskie lub lenistwo 🙈.)

A przede mną jeszcze parę wyzwań, w tym wydaje się największe, które trochę póki mogę odwlekam - wejście w tryb pracy zmianowej. Myślałam, że zanim do tego dojdzie ugruntuję się trochę, ukorzenię w nowej sytuacji. Nabiorę trochę ogłady z kulturą organizacyjną w pracy i złapię oddech po biurokratycznej części związanej z zakupem mieszkania. Myślałam, że odnajdę się na nowo w rutynie, którą porzuciłam pod koniec września. Że zbuduję sobie nową, tymczasową, bo doszłam do wniosku, że mało co mi daje takie poczucie stabilności jak moja własna rutyna. Ja nawet lubię to słowo, samo w sobie! 😊.

Niestety. Póki co moje wysiłki spełzają na niczym. Raz, że wejść w nową organizację z jej wyjątkowo skomplikowanymi procesami nie jest łatwo - pewności siebie w takich warunkach nie umiem nabyć w miesiąc. Codziennie w pracy działam na maksa, tworzę sobie kolejne synapsy w swym mózgu próbując raz, że zapamiętać, ale i jakoś ustrukturyzować potrzebną wiedzę. A gdzie jeszcze praktyka!! Dwa, że z mieszkaniem też jest jeszcze mnóstwo rzeczy do ogarnięcia, w tym takich, których się nie spodziewałam, bo - jak może już wiecie - nie planowałam kredytu, zakupu i właścicielstwa. Nie przygotowywałam się do tego, a jak ktoś opowiadał - to może i nie słuchałam uważnie. I teraz zaskakuje mnie, że: a to muszę się do "elektrowni" wybrać, a to do spółdzielni, a to pewnie z planowanym remontem również wyskoczy cała masa rzeczy, o których nawet nie pomyślałam 😨.

W tym wszystkim, dziejącym się symultanicznie, tak bardzo brakuje mi czasu. Towarzyszy mi stale uczucie, że go nie mam. I chyba z tego powodu myślę, że brakuje mi też rutyny - bo nie mam na nią czasu. Czas to luksus, na który mnie nie stać. Nie wiem kto to powiedział, ale powiedział mądrze 😎.

Boję się, żeby nie powiedzieć, że mnie to przeraża, że nie wiem jeszcze jak zareaguję na pracę zmianową. W systemie czterobrygadowym, czyli - dla mnie jeszcze myślącej że - zupełnie dociążającym. Nie wiem jak moje ciało zareaguje na nocki, pracę światek, piątek czy niedziela, albo pojedyncze zmiany dwunastogodzinne. O której będę spać po pracującej nocy, o której uda mi się zasnąć przed dniówką, czy.... Nic nie wiem 🤷‍♀️. W pamięci mam okres 3-miesięcznej pracy w hotelu, gdzie pracowałam w systemie dzień/noc po 12h i pamiętam, że dni leciały mi przez palce: dzisiaj nic nie zrobię, bo to jest dzień przed nocką i muszę się wyspać, a jutro nic nie zrobię, bo jestem po nocce. To był dla mnie dramat. Ja naprawdę do produktywności muszę się zmuszać, a taka łatwa wymówka jaką jest praca będzie na wyciągnięcie ręki. A w życiu jest jeszcze tyle do przeżycia. Jakie ja mam nadal plany związane z pokojem pasji Gosi! Nie chcę skończyć w stagnacji, między zmianą a zmianą (nie życiową, a służbową). 😱.

I dlatego, ze względu na powyższe, nadziei upatruję w powrocie do rutyny. Może nie per dzień tygodnia, ale może sprawdzi mi się, że "przypnę" ją do zmian. Coś po nockach, coś przy popkach. Pory posiłków też już sobie rozpisałam (tak działam z dietą), ale nie wiem jak będę spać, więc sztywne ramy na razie są bez sensu. Chociaż rozpisałam sobie też scenariusze w zależności od godzin spania 😉. Samo planowanie jakiś rozwiązań też mnie uspokaja w obecnej sytuacji.

Z trzeciej strony wiem, że jeszcze daleka droga do stabilizacji i usadowienia się w nowych ramach. Listopad i grudzień to oprócz pierwszych miesięcy pracy zmianowej, będzie to też czas remontu i przeprowadzki. Mam za sobą trzy przeprowadzki, a z mieszkania na mieszkanie rośnie u mnie ilość rzeczy, które mam (w tym meble), że możecie mi wierzyć - stresuje mnie ta wizja i zbliżający się termin. Remont, choć robię dla siebie i pod siebie, stresuje mnie jeszcze bardziej ze względu na koszty. Jak myślałam, że stres się skończy z zakupem mieszkania - byłam bardzo w błędzie.

Czy znajdę w najbliższym czasie jakiś sposób, jak poradzić sobie z natłokiem zadań, tematów, decyzji i myśli? Co jeszcze mogłabym zrobić, jakiego narzędzia spróbować? Oprócz planowania, że kiedyś będę żyć idealnie rutynowym życiem, pomaga mi też ubranie tego co przeżywam w słowa i ich spisanie, dlatego to robię. Ciutek mi lepiej, po weekendzie, który minął nawet nie wiem kiedy i był skrajnie emocjonujący. Ale zyskałam w nim ekstra godzinę - LUKSUS! 💛

Rutyna pomaga mi też TO ENJOY LIFE 🥰
I cake także lubię 😉 

poniedziałek, 13 października 2025

Znak(i) na papierze

Indoktrynowana mądrą częścią mojego Instagrama od dłuższego czasu wiedziałam, że jest takie mądre czasopismo jak "Pismo". Światopoglądowe, twórcze, z ciekawą i pogłębioną tematyką. Długo się opierałam, aż trafił w moje ręce numer o fabrykach jedzenia. A, że to trochę zainteresowanie zawodowe skusiłam się na ten - nomen omen - smaczny kąsek.

W tym samym czasie moja bliska znajoma, również zainteresowana tematyką numeru, zakupiła miesięcznik "Znak". Też był numer o jedzeniu, poświęcony złu jakim jest, a może nie jest, cukier. Na temat cukru i niezdrowego jedzenia, temat mocno odmieniony przez przypadki wszystkich literatur naukowych, mód i diet, "Znak" zgłębiał. 

Wymieniłyśmy się magazynami i powiem Wam, że ja w "Znaku" przepadłam. Nie wiem czy to kwestia tego, że byłam już po intelektualnej rozgrzewce "Pismem" czy jednak styl przypadł mi do gustu bardziej, ale "Znak" mi siadł i tak trafiły w moje ręce dwa kolejne numery. I czuję, że to nie będą ostatnie.

Wrześniowy numer "Znaku" tak ze mną wyjątkowo rezonuje: tematyką, historiami, tekstami, momentami całymi zdaniami, że stwierdziłam, że muszę to odnotować. Nie jest łatwo na co dzień prowadzić ze znajomymi ożywione dysputy w odniesieniu do fachowej literatury, w taki mądry i kulturalny sposób, a czytanie tych dwóch gazet daje mi takie poczucie dyskusji. I chęć, żeby z kimś te tematy przedyskutować dalej. Przewagą "Znaku" nad "Pismem" jest dla mnie - kurczę, trochę słabo się przyznać 🙈 - ale "Znak" napisany jest prostszym językiem. 

Tematem numeru jest produktywność, więc jest artykuł o zmianach w firmach względem różnych rewolucji przemysłowych, ale i cały reportaż o... nudzie. Ten artykuł bardzo mi się podobał, nie sądziłam, że nuda może być tak skomplikowanym stanem. 
"Błąd polega na tym, że gdy mówimy o tęsknocie za nudą, opisujemy tęsknotę za spokojem. A istotą nudy jest niepokój."
"Czuję więc potrzebę zredefiniowania nudy egzystencjalnej - to nuda, w której (na skutek zewnętrznych okoliczności, takich jak własna nieumiejętność bycia z Innym, ale również brak miejsca oraz pretekstu, które umożliwiałyby mi to bycie) jestem sama. Sama dla siebie ze sobą."
Och no dużo bym musiała zacytować. Nuda jako oczekiwanie monotonii w świetle dynamicznie zmieniającego się świata, w którym wiecznie dużo (za dużo) się dzieje. 
W końcu nuda, jako brak wzniosłości w życiu. Albo właśnie jako piękna alternatywa, "zgoda na zwyczajnie życie".

Do tego taka piękna grafika (autorka: Dorota Piechocińska), która trafi do mnie chyba na ścianę.


A drugi artykuł, który głęboko poruszył moje struny, głównie przez otwartą postawę samego autora, to "Dlaczego nie mamy dzieci". Autor, mężczyzna, a chciałabym z nim zbić piątkę. Lepiej tego sama nie oddam:
"(...) zbliżam się do czterdziestki i nie mam dzieci. Nie będzie to jednak kolejny konfesyjny esej o zaletach bezdzietności, o presji społecznej na posiadanie potomstwa, o tym, jak brak własnych pociech ofiarował mi wolność, której nie mogą zaznać ludzie będący rodzicami. Ba, czasem mam wrażenie, że nie doświadczyłem w życiu czegoś istotnego. Uważam, że fakt, że nie jestem ojcem, odebrał mi pewną fundamentalną w tym wieku perspektywę (...)"
No cóż... z ust mi to wyjął. Autor dodał jeszcze na wstępie "To jeszcze nie koniec: ja wcale nie zamierzam nie mieć dzieci." Tu akurat facetem jest łatwiej zrealizować takie założenie 🙄.
Sam artykuł naprawdę w fajne tony bije, wybija argumenty o mieszkalnictwie czy zarobkach. W prosty, ciekawy, ale jednocześnie kompleksowy sposób rozkłada na czynniki dlaczego to nie 800+ wpłynie na dzietność lub nie. Polecam. 

Ach i jeszcze parę stron o przereklamowanym dobrostanie. Z podtytułami z cytatów z piosenki Mix Sałat Taco Hemingwaya i Darii Zawiałow. W punkt. 



Dobre to było. Jakże zdrowsze niż przegląd SM przed snem. Nie mówię tylko o piosence, ale o "Znaku" of course.

Październikowy numer już mam 😊.

poniedziałek, 29 września 2025

A co jeśli...

...wszystko będzie dobrze i się ułoży?

Ostatnio przeżywam kumulację zmian życiowych i związanego z tym stresu. Nawet jeżeli zmiany są dobre lub są moim wyborem, na który się cieszę i doczekać nie mogę, to i tak generują niepewność. Bywa, że budzę się w nocy i niby tylko skoczę do toalety i od razu wracam do ciepłego łóżka, a tam zamiast kontynuacji snu dopadają mnie myśli "a co jeśli..."

...nie poradzę sobie w nowej pracy?
...nowe mieszkanie nie pachnie tak dziwnie od boazerii, a śmierdzi bo jest zapluszczone?
...wezmę kredyt i wybuchnie wojna?
...znów roztyję się od pracy na zmiany?
...pochoruje się od pracy zmianowej?
...auto mi się na dodatek popsuje?
...a zęby? 😱

Widzicie ten pattern? Przerażające. Trochę zaczęłam się zastanawiać czy nie mam jakiś stanów lękowych lub innej przypadłości, że złe myśli wręcz momentami zalewają moją głowę. Kojarzy mi się także taki przykład: kiedyś uwielbiałam latać, chciałam nawet zostać stewardessą. Jednak od momentu, kiedy wyjątkowo boleśnie zatkały mi się uszy i żaden sposób nie pomagał, a dalej byliśmy w powietrzu, strach przed tym bólem zmieszał się z niepewnością, czy takie zjawisko wystąpi. Jednocześnie moje myśli oprócz o ewentualnym bólu uszu myślą też o tym, czy ta turbulencja to już awaria, czy umrę, czy spadniemy. Wiem, że to głupie. Ale ta wiedza nie powoduje, że nie spinam się przy każdym zatrzęsieniu. A skoro się spinam to mam marne szanse przy realnym wypadku 😅.

Kiedy ktoś nie dzwoni, choć powinien - macie mamy, możecie dopowiedzieć sobie ile, oczywiście złych, scenariuszy sobie generuję.

Ale wróćmy do tytułowego pytania... Parę nocy temu, kiedy korzystając z urlopu i wolnego czasu przeżywam swój renesans snu, znów po przebudzeniu w środku nocy nie mogłam zasnąć. I tak sobie rozważałam. Pojawiły się wszystkie powyższe pytania i pewnie jeszcze kilka dodatkowych wariantów. I poczułam się nagle taka tym zmęczona. Taka zmęczona, że czemu musi być źle. I sama siebie zaskoczyłam, jak tak leżałam, przewracałam się z boku na bok, i zadałam sobie pytanie: a co jeśli wszystko się ułoży? Nie jestem już pewna, być może nawet zadałam je sobie na głos. Bo dotarło do mnie, że może by tak rozmyślać także o tym, co może pozytywnego się zdarzyć. O tych dobrych alternatywach nigdy nie myślę. Chcę teraz próbować tej sztuczki, bo póki co żadnej innej na swoje czarnowidztwo nie wymyśliłam. A przecież faktycznie pracując niedługo na zmiany mogę mieć trudności w zasypianiu 👀.

A do napisania posta skłonił mnie dzisiejszy reportaż Faktów o leczeniu raka, w którym pacjentka doskonale to ujęła - że przecież wszyscy umrzemy, choć niekoniecznie na raka. Tak mi jakoś zarezonowało.

PS. Żeby nie było kolorowo - pewne czarnowidzkie scenariusze się sprawdzają. Pojutrze zaczynam nową pracę, a rozkłada mnie choróbsko. Sic!

Kot w hotelowej pościeli. I to nie na wakacjach się rozchorowałam, a w prezencie od rodzinki 👌


poniedziałek, 15 września 2025

Nigdy nie mów nigdy!

Niby utarty frazes i niby można myśleć, że nas to nie dotyczy. Przynajmniej ja tak myślałam, a życie skutecznie udowadnia mi, że można między bajki włożyć zarzekanie się pod tytułem: "nigdy nie zrobię tego, albo tamtego". Jeżeli jedynym, co pewne jest w życiu, to zmiana, to można uznać, że zmiana zdania jest jedną z najbardziej popularnych i autonomicznych. 


Żeby nie być tak tajemniczą - podkreślałam z całą mocą i darem przekonywania, jaki posiadam, że kredytu na mieszkanie nie wezmę. Że chcę być współczesnym nomadem i na wzór zachodnioeuropejski mieszkanie wynajmować. Można przyznać, że nawet irytowała mnie ta narracja, że my w Polsce to musimy mieć coś swojego. Chciałam być inna, bardziej niezależna, bardziej elastyczna. Chciałam być także bezpieczna. Kredyt na mieszkanie jawi mi się (nadal zresztą) jako olbrzymie zobowiązanie dla jednej osoby. Powtarzałam, że nie zdecyduje się sama na zakup (kredyt w domyśle), bo psychicznie odbije się to na mnie: nie będę mogła zmienić pracy, będę jeszcze większym niewolnikiem ekonomicznym niż jestem. Będę stale żyć w obawie finansowej.


Jednakże - jak to w życiu - punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. (Wiem, kolejny frazes.) Nawet powiem więcej, może i dalej tkwiłabym w swoich zuchwałym przekonaniu, gdyby nie okoliczności, które mnie zmusiły do zrewidowania podejścia. Zmusiły mnie do podejścia bój się i rób. 


Uwierzcie bądź nie, ale zdecydowałam się na zakup mieszkania i wzięcie kredytu sama. Kończąc jedną, zaczynając inna ścieżkę kariery. Nie wiem, co będzie dalej, podejrzewam nawet, że nie przemyślałam wszystkiego tak naprawdę solidnie. Choć ilość wypadających mi włosów z głowy w ostatnim czasie, świadczy,  że tego myślenia i tak było sporo... Mam wrażenie, że mnie na to nie stać, jeszcze z moim podejściem wszystko, wszędzie, naraz i chęciami na dom jak z bajki. Wydam na tą przygodę i niepewność całe oszczędności życia, a i tak późno zaczęłam je gromadzić i i tak niewiele tego jest. Więc może ostatecznie nie szkoda?


Chciałam wynajmować, ale pragmatyzm, żeby nie płacić komuś za coś tylko tak, po prostu, pokonał nawet moje solidne przekonania. Okrutny rynek wynajmu, gdzie spłacamy czyjeś kredyty czynszem najmu, aż każe przy zdolności kredytowej pomyśleć o zwróceniu się ku nieruchomości własnościowej. Nie mam dodatkowo tego komfortu, że mój pracodawca pokrywa koszty mojego utrzymania poza miejscem zameldowania - mieszkania służbowego brak. Brak opcji oferty na wynajem "spod lady" z naprawdę godziwą stawką naturalnie skierował mnie na kierunek samodzielnego zakupu. 


Chcę wierzyć, że będzie dobrze i fajnie. Chcę wierzyć, że mi się ułoży. Sporo mi się nie układa, więc może tym jednym się odbiję?

Mieszkanie na razie wstępnie klepnięte, czekamy za decyzjami bankowymi. Śmieszy mnie troszeczkę, że choć wybór padł na ofertę z rozsądku (z nutą przeczucia, ale jednak z rozsądku), to nadal pozostając obserwatorką świeżych ofert - nic mi się nie podoba. Śmieszy mnie także, że choć do niedawna peany i ochy i achy opowiadałam o moim wynajmowanym lokum, to teraz myślę o nim takie meh. 😅 moje lepsze. I może to jest ta magia posiadania i własności?


Zdjęcie moje, ale nie powiązane ;)

Mam jeszcze kilka swoich przykładów, że nigdy nie mów nigdy i zbliżonego nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło, ale o tym innym razem 😇. 

niedziela, 13 lipca 2025

Naprawiaj, nie wyrzucaj!

Tytuł zupełnie nieprzypadkowy. Rzekłabym nawet - symboliczny. I taki, który natchnął mnie do innego kroku niż planowałam.

A zaczęło się od tego, że próbując odświeżyć CV zupełnie nie współpracował ze mną mój laptop. Leciwy - to fakt - ale w swoich świetlanych czasach bardzo porządny. Ostatnio miał jednak już problem z uruchomieniem się, potem użycie przeglądarki internetowej było dla niego zbyt wielkim wyzwaniem. Dziwię się, bo z moją impulsywnością, tylko siatka w oknie uratowała go przed wyrzuceniem z III piętra po nieudanej próbie napisania emaila. Serio.

Planowałam zakup nowego, a że coś tam grywam gry (tak mówię, ale realnie nie grałam od 2 lat, albo dłużej jeżeli The Sims nie uważamy za grę, a marny substytut życia dla samotnych 30-stolatek 😂) moje wymagania, prawie wręcz standardowo, były dość wygórowane odnośnie do parametrów i konfiguracji nowego sprzętu. Rozważałam zakup do 4 może 5 tysięcy, na raty, bo kto by się ograniczał 😉.

Ale jak to w życiu bywa okoliczności spowodowały, że musiałam przemyśleć decyzję i nie kupować sprzętu, na który aktualnie mnie nie stać. Natomiast przypomniałam sobie różne rozmowy prowadzone o rzeczonym laptopie i rady, które usłyszałam typu "teraz robią taki sprzęt", "nic tylko wymienić", "niestety, to straszne, ale tak jest" oraz jedna - okazała się cenna - "trzeba wymienić dysk". Skoro na wymianę nie mogę sobie pozwolić postanowiłam, że coś zrobię w tej sytuacji i skupię się na informacji o potrzebie wymiany dysku. Wybrałam serwis blisko domu i zaniosłam laptopa, dalej z przekonaniem, że już więcej nie kupię Lenovo oraz że pewnie i tak nic się nie da zrobić.

Jakie miałam pozytywne zaskoczenie, że to naprawdę okazał się być dysk twardy! Wymiana, zakup nowego, reinstalacja oraz dodatkowe czyszczenie kosztowało mnie 800 zł. Osiemset, a nie trzy tysiące osiemset lub więcej! Borze szumiący, jaka ja jestem szczęśliwa. Tym bardziej, że po odbiorze, jak go przyniosłam do domu i uruchomiłam, aż z radości i ekscytacji zadzwoniłam do mamy. Uruchomił się w 15 sek.? Nawet nie, nawet nie zauważyłam kiedy. Normalnie mam nowego laptopa, na którym z resztą teraz piszę, bo postów nie lubię i nie będę pisać ze smartfona.

No dobrze, to teraz dlaczego historia naprawy laptopa może być symboliczna? Bo ja lubię nowe. Związaną z nowym ekscytację i - chyba przede wszystkim - nadzieję, że będzie lepiej, że się zmieni. Już jak można się domyśleć odbiegam od sprzętu. Po parę razy startowałam z nowym kontem na IG, a to blogiem, a to jakąś inną platformą (ostatnio Mastodon) - wszystko po to, że wierzyłam, że jak nowe to na pewno będę korzystać, pisać, publikować, etc. Życie weryfikuje, blogerką ani instagramerką nie zostanę, brakuje mi tylko życiowego, nie pudrowanego contentu w sieci. Bo nawet jak jest, to jest ubrany w strasznie mądre ramy, socjologii, psychologii, lub - nawet nie wiem jak to nazwać - ale nawet najbardziej deinfluencyjny jest i tak pod publikę.

A ja czasami czuję potrzebę napisania czegoś w eter - czegoś co może zostać przeczytane, zobaczone przez kogoś zupełnie mi obcego, ale najczęściej nie jest. W każdym wypadku jest o mnie i dla mnie.

A skoro naprawiłam laptopa to pomyślałam, że naprawię także mojego starego bloga. Od tamtej pory założyłam z dwa różne konta na IG, Mastodonta, kolejnego bloga... Ale na dobrą sprawę: jak cofam się do mojego pisania na studiach "Świata według Goszy" to o rany - to nadal ja. To czemu by nie powrócić do tego miejsca? 



Przeniosłam swoje posty z Wegoszki tutaj, pewnie z czasem odświeżę wygląd, bo akurat z takiej jak tu stylistyki wyrosłam 😂. 

Tytułowe postanowienie mam nadzieję, że zostanie ze mną na dłużej. Jest dobre.

wtorek, 8 kwietnia 2025

Gosza i dieta - to nie może się udać!

Tytułowe zdanie doskonale oddaje moje dotychczasowe podejście do diet. Dawno temu myślałam, że co to za problem trzymać dietę, że ludzie, którym się nie udaje mają wymówki. Pamiętam jak naiwnie myślałam, że ja to nawet chciałabym przytyć, żeby udowodnić, że się da łatwo schudnąć. Jakaż byłam głupia! 

Otóż schudnąć nie jest ani łatwo, ani przyjemnie. Próbowałam diety pudełkowej - pudło, planów wykupowanych u instagramerek, aplikacji. Podziwiałam swoją koleżankę, która potrafiła bawić się w odmierzanie składników i wyliczanie sobie kalorii. Nie zapomnę ile to godzin spędziłyśmy na rozmowach, że tylko to jej pomaga, a ja wręcz odwrotnie - nie potrafię, nie lubię, nie będę.

Tylko po tym wszystkim co się okazywało? Że nic nie przynosi efektów, nic nie przynosi zmiany. W tym roku poszłam po rozum do głowy i sama się przekonuję (zabieg celowy - czas teraźniejszy niedokonany) - że muszę zmienić podejście. Skoro tyle czasu moje podejście nie powodowało żadnej zmiany - czas zmienić owo podejście. Zakwestionować status quo. Czas ruszyć za sloganem nie ma zmian bez zmian. Nie tylko w odchudzaniu lub szeroko pojętym dbaniu o siebie.

Nie zaprzeczę także, że główna motywacja była zewnętrzna - zalecenie lekarskie - odpracowanie lat złych nawyków żywieniowych odbitych w wynikach badań poprzez opiekę dietetyka oraz dietę z niskim indeksem glikemicznym. Dieta ma być ułożona pode mnie, żadne tam pudełka czy influencerki. A jako, że ja czuję ogromny respekt wobec przełożonych, nauczycieli i zaleceń lekarzy posłusznie zdobyłam się na ten krok. Drugą motywacją, która podbiła tylko pierwszą, było to, że zapisek o wizycie u dietetyka lądował w moich postanowieniach noworocznych rok rocznie od dobrych paru lat 🙈. Początkowo miało to związek z weganizmem, później niestety z przytuleniem sobie 12 kg...

W końcu się zdecydowałam. Poszukiwałam w Poznaniu takiego specjalisty, który zna się na diecie wegańskiej - szkoda mojego czasu i pieniędzy na szarlatanów uważających dietę roślinną za fanaberię i zło. Jeżeli chodzi o wybór to nie umiem jeszcze powiedzieć czy dobrze trafiłam, bo poczułam się jednak już lekko oszukana. Zapytałam wybranej dietetyczki czy ułoży mi taką a taką dietę, czy to obszar jej specjalizacji. Przytaknęła. A w trakcie wizyty dało się słyszeć, że nie ma aż tak dużego rozeznania w produktach wegańskich, dodatkowo sama przyznała, że "jej zdaniem ludzie są mięsożerni" 😶. Jednakże pomimo tych zastrzeżeń ułożona dieta jest w 100% roślinna, więc wywiązała się z zadania.

Ale powyższe dało mi olbrzymie pole do zwątpienia w jej umiejętności, a nawet sens całej operacji. Słyszałam wręcz te głosy w głowie, że bez sensu; że nie dam rady; jak to będzie, że ktoś mi ma mówić, co mam jeść; jak to, że nie będę mogła kupić sobie w sklepie co chcę. Czułam złość i rozczarowanie. Ogromne zwątpienie i zakładałam, że się nie uda.

Potem dostałam dietę i zalecenia. To dopiero była pożywka dla mojego krytyka! I znów, że bez sensu, słabe posiłki, nie dam rady, po co mi to, to się nie uda. I wręcz na głos przekonywałam sama siebie, że co ci szkodzi spróbować, skoro już zapłaciłaś to spróbuj, że wytrzymaj chociaż tydzień, przekonaj się, i tak dalej. Najbardziej pomaga mi powtarzanie sobie niczym mantrę: Twoje dotychczasowe podejście się nie sprawdzało, czas zmienić podejście. Tak - mogę uznać to za mantrę tego roku. Afirmację, która mi przyświeca w 2025.

Bo po tych całych wywodach i przytoczonej historii nie zakończę szybko, bo nie ma tutaj happy-endu. Walka i zmiana trwa, a przekomarzanie się z krytykiem to już moje daily basis. Każdy posiłek, każde planowanie i zakupy to praca, którą muszę sama nad sobą wykonać. Najgorzej jest po weekendach, tj. nienormatywnych wydarzeniach, które zaburzają moją codzienną rutynę. Najpierw były moje urodziny, potem odwiedziny Taty. Praktycznie każde takie wybicie mnie z rytmu potęguję dyskusje z krytykiem i kosztuje mnie niemało zaparcia, żeby próbować jeszcze raz, czasami prawie od początku. 

Schudłam 2, może 3 kilo, i to dorzucam teraz do argumentów przeciwko krytykowi. Czuje się lekko, naprawdę. To nawet śmieszne, ale dokładnie takie określenie przychodzi mi na myśl, jak mam opisać czas spędzony na przestrzeganiu diety. Nawet po dużym objętościowo posiłku nie czuję przejedzenia, choć to akurat zostawia furtkę na dyskusję, że może jednak mogłabym zjeść tego loda wodnego, w końcu to tylko 67 kcal 🙈. Jak widać - bardzo dużo muszę się do siebie nagadać, żeby miało to wszystko wymierne skutki.

Wraz z jadłospisem otrzymałam również zalecenia. Myślę, że najważniejszym jest - i to akurat jest pięknie napisane - posiłki spożywamy przy stole w towarzystwie jedzenia 💙. I to jest CHOLERNIE trudne. Raz, że w pracy najczęściej muszę coś zrobić w trakcie jedzenia. Dwa, że najnormalniej na świecie nie umiem tylko jeść. Wiem jak to brzmi, ale rozumiecie? Zero telefonu, telewizji, gazety, książki... chyba nawet notatek nie powinnam robić, a wtedy mi się mnóstwo rzeczy przypomina, bo tylko siedzę i jem 🙊. A cała racjonalna część mnie wie jak ważne jest to zalecenie, jak brzemienne w skutki, jak zdrowe i prawidłowe. Dla mnie - wyjątkowo trudne. Ale staram się. Najgorzej jest kiedy robię odstępstwa od posiłków z jadłospisu i wtedy to tak sobie wewnętrznie tłumaczę, że skoro diety nie przestrzegam to zaleceń też nie muszę 🙈. Wiem - wstyd. Ale życie. No i walczę z tym, bo sama w sobie ta zasada jest piękna i chcę jej przestrzegać.

Trudno jest mi także nie podjadać pomiędzy posiłkami, szczególnie kiedy robię odstępstwa. 

Ogólnie to zastanawiam się ciągle jak ten 7-dniowy jadłospis ma wypracować moje nowe nawyki żywieniowe. Czy na diecie będę już do śmierci? I ciągle będę mieszać dni z tych 7 do wyboru? Wkrótce chyba się okaże, bo jestem przed wizytą kontrolną. Ale trochę sobie nie wyobrażam wyjść spod opieki dietetyka i czuję wręcz podskakujące jo-jo na sznureczku... Liczę jutro rozwiać te wątpliwości.

Ale przejdźmy teraz do clou programu, czyli jadłospisu samego w sobie. Specjalnie zależało mi dzisiaj spisać te pare zdań, żebym miała czym podeprzeć rozmowę na kontrolnej konsultacji. Już napisałam, że czuję się dobrze, lekko i raczej przyjemnie. Są posiłki, które są pyszne: wrap z gyrosem, budyń z awokado i z kaszy jaglanej, kaszotto z burakiem. Ale są też zupełnie niestrzelone smaki: pad thai z porem, sałatka z tofu, czy warzywa na patelnię z brązowym ryżem, którymi z kolei zupełnie się nie najadam. Dieta w mojej opinii jest również nierówna: jednego dnia mam cieniutką owsiankę raptem z żurawiną, a następnego ładuję do owsianki i żurawinę, i otręby, i maliny, i amarantus ekspandowany, a na na koniec jeszcze banana! Są dni kiedy posiłki słodkie przeplatane są słonymi (i to mi bardziej odpowiada) i dni, że 3 na 5 posiłków to słodkości. 

Doceniam bardzo szybkość przygotowania wszystkich dań z menu - bez cienia naciągania dodam, że większość robi się do pół godziny, przez co nawet po powrocie z pracy mogę przygotować sobie obiad. Kolejnym plusem są posiłki, których posiłkiem do tej pory bym nie nazwała: owoce (w fajnej ilości), wafle ryżowe z dżemem, wafle w czekoladzie czy ciasteczka belvita. Bo to takie proste mieć i zjeść. I nie musieć gotować wszystkich 5 posiłków. To bardzo miłe i pozytywne zaskoczenie, szczególnie w porównaniu do internetowych diet.

Martwię się jednak o podejście do weganizmu i skład jadłospisu pod kątem białka - mi tego jest tam za mało. I nie mówię, że jestem team białko wszędzie i do wszystkiego!, ale te - przywołane już - warzywa na patelnię lub pieczone warzywa na kolację bez żadnych roślin strączkowych... no mi to logicznie nie leży. Mleko tylko migdałowe, jak część menu widzę w sojowym (i już białeczka byłoby ciut więcej, ale też fakt, że migdałowe podałam jako ulubione). Podobnie jak owsianka przeplatana komosanką, przeplatana koktajlem. Aż się prosi o jakieś placuszki, może gofry lub - oł yeah - tofucznicę!

Potrzebuję zamiennika mlek oraz orzechów, bo bardzo fajnie, że prawie codziennie są w menu migdały, ale moja bakaliowa szafka aż się prosi, żeby wyjadać z niej też inne zapasy. Zastanawiają mnie małe ilości warzyw np. do kanapek. Poruszę to w rozmowie. Wafle ryżowe w czekoladzie mi się przejadły. Wolałabym zdrowsze zamienniki niż plastry Violife i możliwość testowania wegańskich nowości rynkowych 😉. To już takie mocno życzeniowe, wiem, ale kto mi zabroni mieć marzenia 😁.

Posiłki i wagi (na chlebie trochę oszukuję i jem więcej 🙈) wpisuję dodatkowo do Fitatu. Dietetyczka nie podawała kaloryczności ułożonego jadłospisu, ale z apki wiem, że to około 1500 kcal. Więc nie dziwię się, że chudnę 👀. 

Zdjęcia wrzucę na instagrama - konto Wegoszka.



sobota, 5 kwietnia 2025

Americano!

Aktualnie lepiej mówić canadiano, ale pozostanę w zachwycie Stanami jednak jeszcze. A kolejne zachwyty dotyczą - jak tytuł nawiązuje - zaznanej tam ambrozji: amerykańskiej kawy! Nie wiem czy to magia wyjazdu, te papierowe kubki, ziarna czy przelew, ale żadna kawa nie smakowała mi tak jak ta na kalifornijskiej ziemi.

Próbowałam odtworzyć ten smak, odkopałam nawet ekspres przelewowy u rodziców, ale to nie to samo. Najbliżej ideału jest moje Dolce Gusto i kapsułki New York Morning Blend - szczerze polecam. Jako, że kawę piję czarną i w domu tylko w weekendy korzystam z tego mało ekologicznego rozwiązania i naprawdę czuję satysfakcję - z nazwy blendu i smaku kawy 😎.

zdj.: Allegro

Jak już poczuję się jutro jak na Manhattanie, nad poranną kawą, będę dalej wspominać swój wyjazd. Mam taką zabawę teraz, że zawsze wieczorem oglądam zdjęcia i filmik z danego dnia sprzed roku. Nie mogę doczekać się jutra, bo to już dzień San Francisco ❤.

Dzisiaj - dzięki zdjęciom - wspominałam przeprawę przez góry Sierra Nevada z dosłownie ośnieżonymi szczytami i zboczami. Czyli poprzedniego dnia wichura, upał, burza piaskowa w Dolinie Śmierci (gosh! co za genialne miejsce!), a kolejnego dnia przeprawa przez zaśnieżone góry i zakładanie łańcuchów na koła autokaru 😃.

Dwa oblicza Kalifornii

Przygody w Dolinie oczywiście zaskakująco wpłynęły na naszą wycieczkę zatrzymując nas na nieplanowanym postoju - na szczęście w miejscu z cywilizacją, ciepłą kawą i ostatnim przydrożnym kasynem 👀. Koniecznym wspomnieć, że zatrzymanie miało miejsce także w pięknych okolicznościach przyrody - nad śródgórskim jeziorem Topaz Lake. A zmierzaliśmy do jeszcze piękniejszego jeziora - Tahoe - drugie najgłębsze jezioro w USA. Przecudnej urody. Nawet przy niesprzyjającej aurze można było całkowicie docenić jego walory: położenie, geografię, przytłaczający rozmiar... coś niesamowitego. 


Zdecydowałam, że dalej nie będę ciągnąć wspomnień dzień po dniu. Ciężko mi wymienić zachwyty ponad to, co już wybrzmiało. Choć z widoków natury muszę jeszcze wyróżnić brzeg Oceanu, moje chyba pierwsze zetknięcie z takowym, w kierunku Monterey wzdłuż drogi 17 Mil (17 Miles Drive). I tu, dla utrwalenia wspomnień, może być tylko jedna melodia 😉. Ale niech już mnie nie myli jak kiedyś - była przekonana, że wycieczka biegnie trasą z czołówki serialu, w dole widoczna będzie potęga oceanu. A my byliśmy bliżej, widzieliśmy więcej, i czuliśmy noskami zapach Atlantyku.



Rozczarowania? Z wycieczki chyba tylko Old Sacramento, ale na szczęście uprzedzona byłam, że może być słabo w porównaniu do reszty programu 😎. 

Pozostałe przyszły później... Nasza Pilotka była bardzo oczytaną osobą i zostawiła chętnym listę lektur. I kiedy sięgam po kolejne pozycje, sama dobieram jakieś, czytam reportaże i powiązaną beletrystykę, łączę kropki i obraz społeczeństwa, który powstaje z tych kropek, a potwierdza tylko aktualna sytuacja polityczna za oceanem, daje mi takie uczucie rozczarowania. I chyba trochę krzywdząco używam tutaj określenia społeczeństwo, ale nie wiem jak inaczej oddać charakter tego, co aktualnie wydaje mi się takie meh w Ameryce.

Ale... wybiła godzina papieska, więc odpocznę od pisania, a w kolejnym wpisie podsumuję sobie przeczytane (i czytane) książki i jakie tam sobie z nich obserwacje wyciągam.

środa, 2 kwietnia 2025

American Dream!

Dziś obudziłam się z dość przyjemnego, nawet wzruszającego snu, o podróży do Stanów Zjednoczonych. Taki dosłownie american dream. A jak się obudziłam i podsumowałam ten sen oraz dzień, który właśnie powoli mija, uświadomiłam sobie, że mija rok od startu mojej wycieczki życia - do Kalifornii, do Ameryki.

Pokolenie millennialsów ma to coś, że czujemy w sobie ogromną słabość do Stanów. Nie jestem wyjątkiem, raczej wyjątkami są ci, którzy tego uczucia nie podzielają. Ale głównie w moich kręgach USA jawią się jako kraj wymarzony do życia, do zobaczenia, do podróżowania, do spróbowania. Całkowicie się z tym zgadzam. To chyba sprawka słodkich lat 90., ale myślę, że socjologowie lepiej by się o tym wypowiedzieli. 

Zostałam kiedyś zapytana, gdzie chciałabym pojechać tak najbardziej? Zostałam także poproszona o szybką odpowiedź i jakoś tak wyszło, że podałam wówczas w odpowiedzi Arubę. Do dziś nawet nie do końca wiem gdzie leży Aruba lub z czego słynie szczególnie (myślałam, że z plaży ze świnkami, ale to okazały się być Bahamy). To pytanie zostało ze mną jakiś czas i długo - świadomie i mniej świadomie - rozmyślałam, że gdzie tak naprawdę chciałabym pojechać. Ale tak naprawdę, naprawdę. Okazało się, że tylko jeden kierunek porusza mnie tak dogłębnie. I są to Stany Zjednoczone. 

Magia kina, sława amerykańskiego snu i Kanion Kolorado to powody stojące za tym wewnętrznym azymutem na Zachód. I stało się, że rok temu o tej porze (plus minus, bo nie jestem dobra w matematykę zmian stref czasowych) stawiałam swoją stopę na amerykańskiej ziemi. Ostatecznie nigdzie nie opisałam swoich wrażeń, nie zrobiłam pamiątkowego albumu ze zdjęciami (zawsze po podróżach mam w planach btw), ale po roku przyszedł czas uporządkować trochę myśli. Jak zwykle - dla siebie samej.

Mówię o tym jak o podróży życia, choć znaleźli by się i tacy, którzy użycie słowa podróż w tym wypadku by wyśmiali. Może i na słowo podróż to nie zasługuje, bo była to najprostsza wycieczka zorganizowana wykupiona w Rainbow. Zarezerwowana pół roku wcześniej jako mój własny prezent na przełomowy dla mnie rok - 35. rok życia, a wyjazd planowany w bliskich okolicach urodzin. A bo te 35 miało być przełomowe, wyszło inaczej i bardziej przełomowy jest obecny rok, ale nie o tym jest akurat ten dzisiejszy post 😉.

Wycieczka California Dreams zahaczająca o 3 stany: tytułową Kalifornię, Nevadę i Arizonę. Borze szumiący, wzruszam się teraz na samo wspomnienie tych wszystkich przeżyć, widoków, doświadczeń, które to wniosło w moje życie. Ogrom miast, monumentalizm przyrody i widoków, oraz nadzieja na rozczarowanie. Zabawne, prawda? Zawierałam to na pocztówkach z podróży - że liczyłam bardzo na to, że się rozczaruję, bo wtedy nie będę już marzyć o podróżach za ocean. I co? Niestety - wiadomo - nie wyszło do końca.

Nie rozczarowało mnie nic, może oprócz tego, że nastawiłam się wręcz na apokalipsę bezdomnych, a jakoś się pochowali i nie uderzyło to we mnie tak, jak wcześniej oglądane dzielnice bezdomnych na YT. Totalnie wszystko wyglądało tak, jak sobie wyobrażałam Ameryką, jak widziałam na filmach, serialach i programach. Skrzynki na listy jak z Forresta Gumpa, plaże jak z Słonecznego Patrolu, wykłócające się Afroamerykanki jak z Hardkorowego Lombardu. Do tego ta przestrzeń... ogrom przestrzeni. Proste drogi pomiędzy niczym, widok horyzontu tak odległy, że mam wrażenie niespotykany nigdzie indziej. Oraz majestat przyrody, nieporównywalny z niczym innym. Przyroda też, to coś, co poruszyło mnie najmocniej. Jeżeli wrócę do Stanów, bo - uważaj o czym marzysz - rozczarowanie przyszło do mnie, choć później, to na wycieczkę po parkach narodowych. Mam już upatrzoną 😎.

W dniu takich wspomnień jak dzisiaj, nie mogłabym nie oddać akapitu mojemu na tą chwilę ukochanemu miastu na Ziemi. To była miłość od pierwszego wejrzenia, to jest moje miejsce na ziemi dla jakieś wersji mojego wcielenia, to zachwyt, wzruszenie, podziw, ekscytacja. To San Francisco 💖. Wjechaliśmy do miasta przez most Golden Gate i to wspomnienie, przy akompaniamencie Scota McKenzie (pilotka miała wyczucie) do teraz wywołuje u mnie ciarki i gotowość do popłakania się od razu. To wzruszenie towarzyszyło mi wtedy, tam na miejscu, jak i teraz, jak przy prawie każdym wspomnieniu tego konkretnego momentu. Nawet nie wiem z czego to wynika, ale chyba z tego niesamowitego, niepojętego szczęścia, że ja, taka sobie Gosia-Jakaś, mogłam na własne oczy to wszystko zobaczyć, być tam, i jechać przez Golden Gate, który dodatkowo nie skrył się za mgłą, słuchając jakże epickich nut If you're going to San Fran-cisco... Kocham San Franciso. Nie znam go przecież, byłam tam raptem dobę, ale je kocham i zawsze będę kochać.


Wzruszałam się podczas tej wycieczki jeszcze parę razy, ale nic nie działa do teraz na mnie tak, jak połączenie tego wspomnienia, widoku i tej piosenki. Ale oprócz, totalnie nie mogę zapomnieć o locie helikopterem i Kanionie Kolorado, choć to co widziałam to dosłownie mikro-wycinek. Dolina Śmierci, zaskakująca zmienność pogody, porywisty wiatr, burza piaskowa, a parę godzin i parędziesiąt kilometrów dalej burza śnieżna - to zostanie z człowiekiem na zawsze. Wyjątkowo czyste Las Vegas, co po takim ruchliwym mieście grzechu bym się nie spodziewała...

Och! Chyba wrócę jeszcze do zachwytów, bo mam ich w głowie jeszcze kilka. A potem czas na rozczarowanie, które przyszło.