poniedziałek, 31 grudnia 2012

Happy New Year!

W przyszłym, 2013 roku życzę Nam dużo szczęścia, spełnienia marzeń, powodzenia i sukcesów! Wielu szaleństw bez wyrzutów, zdrowia i czasu spędzonego wśród przyjaciół i rodziny!

Nudzi mi się gdy maluję paznokcie i gdy czekam, aż wyschną ;)

Do usłyszenia w przyszłym roku! ;)

niedziela, 30 grudnia 2012

Dwie trylogie - Trudi Canavan

Zawsze w okresie świąteczym dużo czytam. Mam sporo wolnego czasu i przede wszystkim żadnej ochoty na jakieś szczególne działania (względem na przykład zaległych projektów na studia ;) ). Spędzam więc całe dni na oglądaniu telewizji, czytania, graniu lub bezproduktywnym snuciu się po domu, tudzież galerii handlowej. Wiem, wiem, nie mam czym się chwalić... taka jest prawda, a nie chciałabym jej zatajać, pisząc, że wyjątkowo aktywnie spędzam każdy wolny dzień ;).

Ale dziś nie o moim lenistwie (to się teraz tak ładnie, naukowo i chorobowo nazywa prokrastynacją), ale o pewnej lekturze, która kojarzy mi się ze Świętami.

Dokładnie nie pamiętam kiedy, ale dwa lub trzy lata temu właśnie na Gwiazdkę dostałam Trylogię Czarnego Maga napisaną przez Trudi Canavan. Zupełnie się nie spodziewałam tak trafionego prezentu, więc do dziś pamiętam radość po jego otrzymaniu (dlatego tak miło mi się kojarzy). Jest to opowieść - jak wynika z tytułu - o magach. Do ich zamkniętego i elitarnego świata wkracza dziewczyna ze slumsów, która wniesie ze sobą konkretne zmiany w Gildii. W dodatku niczego nieświadomym magom grozi wielkie niebezpieczeństwo, a przez strach i przez to, że złamaliby panujące zasady odrzucą swoją jedyną deskę ratunku. Jako, że uwielbiam fantastykę lektura pochłonęła mnie bez reszty, tym bardziej, że jest to dobrze napisana opowieść, akcja jest ciekawa (choć długo się rozwija), a świat przedstawiony zupełnie inny od tych, które znałam z fantasy do tej pory. 

Dlatego gdy usłyszałam o kontynuacji przygód części bohaterów z pierwszej trylogii w serii książek "Misja Ambasadora", "Łotr" i "Królowa Zdrajców" - byłam pewna, że będzie to znów dobra powieść i bez namysłu kupowałam po kolei wychodzące części. Niestety tym razem się rozczarowałam... Najwięcej zawodu sprawiła mi ostatnia część, którą kupiłam sobie kilka dobrych miesięcy po premierze, w ramach mikołajkowego prezentu. Już sam fakt, że mogłam tyle czekać świadczy o tym, że historia nie jest porywająca. Wiele wątków wydaje się mi naciąganych i niepotrzebnych, a i same zakończenie historii nie jest odkrywcze czy zaskakujące. Choć w opisie na okładce książki znajduje się takie zdanie "Królowa Zdrajców to triumfalnie zwieńczenie Trylogii Zdrajcy", nie sądzę by trylogia ta była wielkim osiągnięciem Autorki.


Moje odczucia względem tej serii oczywiście nie są obiektywne. Mi osobiście druga trylogia nie przypadła do gustu, przeczytałam każdą książkę szybko, bo już tam mam, że historia i tak mnie zaciekawi, choć nie pochłonie. W internecie przeczytałam mnóstwo pozytywnych komentarzy o tych książkach, więc zagorzali fani odnaleźli w tych książkach, to czego oczekiwali od tej historii. Ja akurat do tego grona nie należę :).

Jeśli tak jak ja lubicie fantastykę, najlepiej zrobicie jeśli sami przeczytacie Trylogię Czarnego Maga i Trylogię Zdrajcy, bo zupełnie zmarnowana to lektura na pewno nie będzie :).

A może już czytaliście tą serię? Jakie wrażenia?


W tym miejscu pozdrawiam Was serdecznie w ostatnie dni 2012 roku ;) ;).

środa, 26 grudnia 2012

Pomysłowe reklamy

Przeglądając kwejka często trafia się jedynie na głupkowate obrazki i memy. Nie zawsze - bo można tam znaleźć też coś intrygującego, zastanawiającego, uroczego albo pomysłowego. Dziś chciałam Wam pokazać zamieszczoną na tym serwisie mieszankę sprytnych i pomysłowych reklam. W czasie Świąt, kiedy telewizji naoglądam się za wszystkie miesiące bez telewizora na studiach, z łatwością zauważyłam, że naprawdę mało która reklama jest inteligenta, zabawna i pomysłowa zarazem.

Te z mają wszystkie te cechy, choć to przeważnie billboardy, a nie spoty telewizyjne:


poniedziałek, 24 grudnia 2012

Wesołych Świąt!

I tak oto mamy już Wigilię :). Każdego roku powtarzam sobie i zakładam, że świętować zacznę dużo wcześniej niż od uroczystej wieczornej kolacji, niestety za każdym razem mi to postanowienie nie wychodzi. Na drodze stoi fakt, że w domu zawsze znajdzie się coś do zrobienia, przyozdobienia, posprzątania, itd., a ja z moimi przedświątecznymi zajęciami się nie wyrabiam.

Ale nie czas i pora na narzekanie - co musi być zrobione i tak zostanie, a co nie jest potrzebne, poczeka na kolejną okazję ;). Nadszedł długo wyczekiwany dzień... Ja cieszę się jak dziecko z okazji Świąt :D

I właśnie z tej oczywistej okazji chciałabym życzyć Wam:
 Wesołych, rodzinnych i ciepłych Świąt Bożego Narodzenia!  Szczególnie życzę Wam spokoju i zatrzymania się na chwilę w tym szaleńczym tempie życia ;). Życzę Wam byście porządnie odpoczęli w tym wolnym czasie i cieszyli się z każdej świątecznej chwili!
 A nam wszystkim życzę byśmy docenili jak wiele mamy, mając przy sobie rodzinę; zapomnieli o urazach i nie popadali niepotrzebnie w złość. A także życzę zdrowia i spełnienia marzeń! :)

Dużo myślałam, która piosenka będzie odpowiednia do mojego posta... Last Christmas takie oklepane (nie mniej i tak uwielbiam ;) ), podobnie jak inne świąteczne przeboje. Jednak w tym roku tak bardzo się cieszę, że nadeszły Święta, że wybrałam chyba odpowiednią piosenkę:

Queen - Thank God It's Christmas


Trzymajcie się ciepło! :)

sobota, 22 grudnia 2012

Piosenka o końcu świata

No i co? Gdzie ten koniec świata? Wiem, że post bardzo tendencyjny, a Internet w ostatnich dniach i godzinach zalewany jest falą memów na ten temat, jednak też chciałam dorzucić swoje trzy grosze ;).

W stosunku do każdych (praktycznie corocznych) końców świata mam właściwie tylko jedno skojarzenie. Myśli moje przywołują poznany w licealnej klasie wiersz Czesława Miłosza, a dokładniej jeden konkretny cytat:

"Innego końca świata nie będzie."

Czyż nie prawdziwe? ;)

Według mnie bardzo trafne zdanie. Cały wiersz również mi się podoba, kto nie miał okazji go poznać - proszę:

W dzień końca świata
Pszczoła krąży nad kwiatem nasturcji,
Rybak naprawia błyszczącą sieć,
Skaczą w morzu wesołe delfiny,
Młode wróble czepiają się rynny
I wąż ma złotą skórę, jak powinien mieć.

W dzień końca świata
Kobiety idą polem pod parasolkami,
Pijak zasypia na brzegu trawnika,
Nawołują na ulicy sprzedawcy warzywa
I łódka z żółtym żaglem do wyspy podpływa,
Dźwięk skrzypiec w powietrzu trwa
I noc gwiaździstą odmyka.

A którzy czekali błyskawic i gromów,
Są zawiedzeni.
A którzy czekali znaków i archanielskich trąb,
Nie wierzą, że staje się już.
Dopóki słońce i księżyc są w górze,
Dopóki trzmiel nawiedza różę,
Dopóki dzieci różowe się rodzą,
Nikt nie wierzy, że staje się już.

Tylko siwy staruszek, który byłby prorokiem,
Ale nie jest prorokiem, bo ma inne zajęcie,
Powiada przewiązując pomidory:
Innego końca świata nie będzie,
Innego końca świata nie będzie.

wtorek, 18 grudnia 2012

Pełna kultura


Doodle Google przypomina dziś o 120. rocznicy prapremiery baletu "Dziadek do Orzechów". Jest to jeden z najbardziej znanych na świecie baletów opowiadający historię Klary i jej bożonarodzeniowego prezentu - tytułowego dziadka do orzechów. Pełna świątecznej magii i bajeczna opowieść nie tylko dla dzieci. Wspominam o tym nie bez powodu - niestety, choć to klasyka, nie miałam okazji obejrzeć tej niewątpliwie przepięknej sztuki. W sumie ku mojemu nieszczęściu nie miałam w ogóle okazji oglądać klasycznych przedstawień baletowych. Byłam dwa razy w Operze w Poznaniu jednak przedstawiane były spektakle sztuki nowoczesnej, która zdecydowanie mi nie odpowiada. 

Jeśli chodzi o kulturę wyższą (balet, teatr, malarstwo, itp.) cenię klasyczne ujęcie, które mnie osobiście potrafi zachwycić. W sztuce nowoczesnej denerwuje mnie, że zupełnie nie rozumiem twórcy i ciężko mi odszukać oraz docenić geniusz i przesłanie na przykład w dziele takim jak to:

Tate Liverpool
Odbiegając od mojej zaściankowości i jednak nie do końca otwartego umysłu (takie stwierdzenia niektórzy mogą wysnuć z powodu mojego zupełnego niezrozumienia dla sztuki współczesnej), a wracając na kulturalne tory chciałabym napisać, co jeszcze obejrzałabym z wielką radością. Mogę ubolewać jedynie nad tym, że kultura wysoka (jak sama nazwa wskazuje) wysoko się również ceni ;). Ale pomijając cenę biletów chciałabym móc na własne oczy obejrzeć i przeżyć takie wydarzenia jak:

Balet "Jezioro Łabędzie" - tak jak w przypadku "Dziadka do Orzechów" czysta klasyka, ze znaną muzyką i opowiadająca piękną historię.

Opera "Halka" i "Straszny Dwór" Stanisława Moniuszki - obie opery są niezwykle znane i choć do dziś niedokładnie wiedziałam, o czym są (do pisania posta zapoznałam się ściślej z fabułą ;) ) to chciałabym zobaczyć tak klasyczne dzieła polskiej sztuki. Według mnie po prostu wypada je znać.

Oprócz baletu i opery mam ostatnio coraz większą chrapkę na jakąś sztukę teatralną. Po prostu czuję, że chciałabym się "odchamić" ;). Szczególnie chciałabym zobaczyć monodram "Danuta W." w wykonaniu genialnej Krystyny Jandy. Tu dopiero pojawiają się schody, bo jak bilety do opery to wydatek ok. 45 zł (dla studentów), to spektakle teatralne, w dodatku w tak wyśmienitej obsadzie, to koszt rzędu 140 zł. P. Krystyna Janda ze swoim przedstawieniem będzie gościć m.in. w Słupsku - 23 stycznia. Pofatygowałabym się z Poznania w środku tygodnia do mojego rodzinnego miasta, jeśli mogłabym obejrzeć tą sztukę na żywo. Niestety obawiam się, że pomimo wysokiej ceny bilety już w całości zostały zarezerwowane.

W ogóle zobaczenie aktorów znanych z filmów i seriali na żywo w teatrze byłoby dla mnie niesamowitym przeżyciem! Mam nadzieję, że będę miała jeszcze niejedną okazję spełnić to marzenie przed prawdziwym końcem świata ;). Kilka lat temu bywałam w teatrze częściej niż obecnie, na studiach, i może dlatego teraz mi tego brakuje... Szczególnie dobrze wspominam kilkakrotne odwiedziny w Teatrze Muzycznym w Gdyni, którego barwne przedstawienia do dzisiaj są w mojej pamięci.

Zastanawiam się czy Wy często chodzicie do teatru lub opery? Widziałyście któreś z wymienionych przeze mnie sztuk?
Jeśli tak to tylko pozazdrościć, bo jeśli ten koniec świata będzie jednak w piątek, to ja nie zdążę zobaczyć ani jednej ;).

czwartek, 13 grudnia 2012

Pomysły na prezenty

W tym roku (o dziwo) zawczasu skompletowałam prawie wszystkie Gwiazdkowe niespodzianki. Starałam się dla każdego wybrać prezent ładny, osobisty, ale praktyczny zarazem. Miałam też całkiem dużo pomysłów na podarki, jednak wizja zderzyła się z rzeczywistością - czyli dość ograniczonym budżetem.

Zastanawiam się czy Wy już zakupiliście wszystkie prezenty czy czekacie do ostatniej chwili i kupujecie na kilka dni przed Wigilią, tak "na spontanie"? Chciałabym wypisać dziś swoje sprawdzone patenty na prezenty  - co nie znaczy, że moi najbliżsi otrzymują ode mnie co roku to samo :P.


Dla niej:


1. Biżuteria - wszelkiego rodzaju kolczyki, pierścionki, bransoletki i wisiorki.

2. Szal/chusta/apaszka - taki luksusowy dodatek może odmienić każdy strój.

3. Komplet pościeli - szczególnie polecam satynę bawełnianą. Jest to najprzyjemniejszy materiał na pościel jaki znam - luksusowy, miękki, przyjemnie chłodny w dotyku... W dodatku dostępny w przepięknych kolorach i wzorach (np. w sklepach Black Red White).

4. Gadżety do kuchni - umilają, przyśpieszają i ułatwiają prace w kuchni.

5. Pakiet SPA/zaproszenie na zabieg - po męczącej przedświątecznej gorączce coś do relaksu.

6. Karta podarunkowa - większość sklepów posiada już to udogodnienie w sprzedaży. Jak nie jesteśmy pewni stylu/gustu obdarowywanej będzie to dobre wyjście, a prezent satysfakcjonujący - jakby nie było zaraz po świętach sezon na wyprzedaże w pełni ;).


Dla niego:


1. Cygara, cygaretki - choć nie jestem za promowaniem palenia, to upartym nałogowym palaczom można z okazji Świąt zafundować bardziej luksusowe trucie siebie (i otoczenia btw ;) ).

2. Narzędzia - narzędzie budowlane i te mniej profesjonalne, dla majsterkowiczów to dobry przykład praktycznego prezentu dla mężczyzny.

3. Spinki do mankietów - było o biżuterii dla kobiet, teraz coś dla panów. Szczególnie tych eleganckich, którzy potrzebują takich dodatków jak spinki do koszul. Żeby wyszukać specjalne i desingnerskie modele polecam sklep: YEGO . Możecie tam znaleźć nie tylko mnóstwo spinek, ale i inne gadżety.

4. Krawat - podobnie jak w powyższym punkcie ;).

5. Bielizna - wysokogatunkowa bielizna ucieszy każdego mężczyznę.


Dla każdego:


1. Kalendarz/teminarz - polecany dla tych, którzy z niego skorzystają. Ja na przykład uwielbiam notować rzeczy w kalendarzu i jego wersja na telefonie mi zdecydowanie nie wystarcza. Znam wiele osób, które myślą podobnie - dlatego ładny i dobrze wykonany terminarz to fajny i użyteczny podarek. Można również pomyśleć o kalendarzu ściennym spersonalizowanym: ze zdjęciami i według naszego autorskiego projektu.

2. Książka/płyta - dość standardowe, ale ani książki, ani płyty ulubionych wykonawców nigdy się nie nudzą.
3. Portfel - dobrej jakości skórzany portfel, pojemny i koniecznie z grosikiem na szczęście ;).

4. Piżama - i tyle w temacie :P.

5. Gra planszowa lub wideo - można się spierać o przewagach jednych nad drugimi, nieważne. Ważne, że Święta to dobry czas by fanom i fankom takiej rozrywki zapewnić kolejne godziny dobrej zabawy.

6. Na pewno sprawdzają się także wszelkiego rodzaju kosmetyki, pojedyncze i w zestawach. Wśród moich typów szczególnie wysoko stoją perfumy (wody perfumowane) - tego chyba nikomu nigdy mało ;).

7. Pióro wieczne - elegancki i stylowy prezent dla każdego.


Tak naprawdę jest wiele, wiele innych opcji. Warto zawsze uważnie słuchać naszych najbliższych, a pomysł odnośnie prezentu na jaki wpadniemy w październiku zanotować. Często jest tak (ja mam tak przynajmniej), że w grudniu mamy w głowie zupełną pustkę, gdyż na koniec roku jest cała masa innych rzeczy do obmyślenia niż tylko Gwiazdkowe podarunki.

Moja lista powstała szybko: jest wymyślona praktycznie na poczekaniu. Zawiera zestawienie prezentów w niskim lub średnim przedziale cenowym - u mnie w domu z reguły nie znajdowaliśmy pod choinką wyjątkowo drogich prezentów jak na przykład laptopy, telefony komórkowe czy konsole. W dodatku spisując listę kierowałam się własnymi wytycznymi: co chciałabym i mogłabym kupić innym. Tablet na razie nie wchodzi w grę, więc nie ma go w zestawieniu ;).

Jeśli macie inne prezentowe pomysły to chętnie posłucham, wbrew pozorom mam jeszcze z jednym podarkiem mały problem...

A Święta coraz bliżej! :)))

wtorek, 11 grudnia 2012

Kilka kolejnych słów o karmieniu

Było już o pieskach ze schroniska, było o dzieciach. Będąc w domu udało mi się dokarmiać istoty nie tylko w sposób wirtualny ;). Nie mieszkam w leśniczówce więc słomy i marchewek do paśnika nie niosłam. Nie mieszkam też nad wodą by podrzucać coś łabędziom i kaczkom. 

Jednak razem z Mamą dbamy o fruwających gości w naszym ogródku:

Głodni przysiadali w kolejce na gałęziach :)


Widzicie też ile śniegu nam w Słupsku napadało :). Ja się cieszę niesamowicie! Uwielbiam taką zimę: białą z niewielkim mrozem. Śnieżna zima to moja ulubiona pora roku, a rozgorączkowany okres przedświąteczny to najlepszy czas pośród pozostałych 365 dni. Wiadomo... czasami chłód dokucza za mocno, słońca zdecydowanie brakuje, a wszystkich dookoła coś trafia, bo zmęczeni i rozdrażnieni są przygotowaniami do Bożego Narodzenia, wymyślaniem prezentów i wigilijnego menu. Tak bywa, choć mi akurat pozytywnie udziela się to świąteczne szaleństwo - najwyżej coś nie będzie perfekcyjnie wysprzątane, ale choinka będzie!, lampki będą!, rodzina będzie! Cóż trzeba więcej? Może tylko śniegu, który liczę na to, że w tym roku utrzyma się do 25 grudnia (co najmniej :D).

Już się nie mogę doczekać Świąt!
A Wy? ;)

czwartek, 6 grudnia 2012

Mikołajki, hau ;)

Witam Was serdecznie i ciepło! Ciepło się przyda tym zmarźluchom, które nie przepadają za okresem zimowym. Ja się przyznam, że zima to jednak moja ulubiona pora roku, szczególnie kiedy pada śnieg, a ciemna noc nie jest taka czarna ;).  Niestety nie zawsze mamy mroźną i białą zimę, dlatego zdarza mi się i tak marudzić na pogodę.

Z okazji Mikołajek chciałam Wam życzyć samych pyszności :). Wiem, że dzień powoli dobiega końca, każdy już pewnie zdążył poświętować, mimo wszystko w to miłe święto wiedzcie, że o Was pamiętam.


Piszę także w celu szerzenia pewnej kampanii, która może pomóc psiakom ze schroniska z mojego miasta. Byłabym Wam ogromnie wdzięczna (a pieski na pewno nie mniej ode mnie ;) ), jeśli codziennie do 18 grudnia będziecie wchodzić na stronę NAKARM PSA Z TABLICA.PL i z stamtąd wybierać psiaka, a na jego ogłoszeniu klikać w banner u góry "kliknij, żeby nakarmić"

Ja od początku akcji klikam raz dziennie w banner przy husky'm Ablu :). Kiedy jego kosteczka zapełni się w 100% (czyli serwis zanotuje 3 000 kliknięć) słupskie schronisko dostanie 20 kg karmy! I tak za każdego psa o pełnej kliknięć kostce. To wspaniała akcja, którą w bardzo prosty sposób można wesprzeć. 
Można pomóc nie tylko zwierzakom ze słupskiego schroniska, ale także psom z Elbląga.


Chciałabym też powiedzieć, że klikając zdziałasz nie tylko dużo dla zwierzaków w okresie zimowym, ale okrągły rok, każdego dnia można pomóc niedożywionym dzieciom wspierając akcję Pajacyk Polskiej Akcji Humanitarnej -> klik -> PAJACYK.

Proste, prawda? ;)




poniedziałek, 3 grudnia 2012

Piosenka dnia

Czasami po prostu jest "TO COŚ" w piosenkach. Tekst lub jego fragment, wokal, muzyka, lub efekt muzyczny, nasze skojarzenia, wspomnienia czy coś zupełnie innego. A czasami w jednym utworze jest to wszystko - nie można określić co nas porusza, ale jednak muzyka to robi. Ma taką siłę i za to ją całkowicie uwielbiam.

Nigdy nie mogłabym ograniczyć się do jednego muzycznego gatunku - zbyt wiele bym wtedy straciła. Jestem tego świadoma, więc wybieram wszystko, co wpada mi w ucho. Czasami w piosence wystarczy mi dosłownie jej fragmencik by ją uwielbiać i zapętlać non-stop.

Z reguły jednak kupuję ją w całości - tak jak tą:

Imagine Dragons - Radioactive:


niedziela, 2 grudnia 2012

Pyszny owoc - grejpfrut sweetie

Dawno, dawno temu pisałam podobny post na temat pomelo. Moje uwielbienie dla tego owocu nie słabnie, zaciekawionym podsyłam link do mojej rozprawy na temat pomelo ;).

W okresie jesienno-zimowym oprócz pomelo i oczywiście mandarynek zajadam się kolejnym owocowym smakołykiem: słodkim, zielonym grejpfrutem o uroczej i sugerującej nazwie: Sweetie. Jeżeli chodzi o pochodzenie tego przysmaku - powstał przez skrzyżowanie z owocem pomarańczy olbrzymiej (czyli po prostu z pomelo :D ) i uprawiany jest w Izraelu. Ja wszystkie swoje owoce do tej pory jadłam właśnie z izraelskiej produkcji.


Smakuje tak jak powinien w związku z pochodzeniem - jak połączenie grejpfruta z pomelo. Zwykłe grejpfruty są dla mnie stanowczo za gorzkie, nie przepadam za ich smakiem. Ten z kolei to idealna kombinacja - owoce nie takie słodkie jak owoc pomelo, ani nie za gorzkie. Wystarczająco słodki, trochę kwaskowaty - orzeźwiający cytrusowy smak - tak najlepiej mogłabym go opisać.


Nie wiem jaka jest prawidłowa "technika" jedzenia tego owocu, ja używam swojego sprawdzonego od lat sposobu na grejpfruty. Jako, że Sweetie ma twarde i gorzkie w smaku błonki nie obieram go tak jak pomarańczy, by zjeść w całości; jest mały, więc nie zabieram się też do niego tak jak do pomelo (odsyłam do pomelowego posta :P). Po prostu przekrawam owoc na pół i z każdej ćwiarteczki wybieram łyżeczką miąższ i sok. Tego drugiego nie ma zbyt dużo, jednak czasami jakiś szczególnie soczysty owoc stwarza problemy - na przykład przy wybijaniu łyżeczki sok pryśnie prosto w oko (tudzież gdzieś w otoczenie) co nie jest zbyt przyjemne ;).

Pomimo przeszkód przekąska jest wyjątkowo dobra :). Jest również bardzo zdrowa - Sweetie zawiera 25% więcej niż zwykły grejpfrut antyoksydantów. Nie jest kaloryczny, za to bogaty w witaminy z grupy B, E oraz sporo wit. C. Do tego wspomaga pracę jelit.

Ma piękną zieloną skórkę, a miąższ w jasnożółtym kolorze. Owoc pełen słońca na jesienną niepogodę:


Sweetie jednak do tanich nie należą (niestety). W Biedronce minimalnie kosztują 4,99 zł za kilogram (czyli ok. 4 owoce - są wielkości normalnych grejpfrutów). Ten dyskont ma najlepszą ofertę, nie spotkałam nigdzie indziej niższej ceny. I znów warto wybierać jak najcięższe owoce, bowiem może to gwarantować, że nie kupimy bardzo "skórzastych" sztuk.

Mój akurat ma dość grubą skórkę jednak był pyszny! Ogólnie ciężko trafić na złego w smaku sweetka - wiadomo są bardziej lub mniej słodkie, ale praktycznie każdy jest tak samo dobry.

Jeśli jeszcze nie próbowaliście Sweetie to naprawdę polecam ;)


The Body Shop - Hemp (sztyft do ust)

Hej!
Długo nic nie pisałam, ale cały tydzień miałam zawalony ambitnymi działaniami, więc wolny czas albo przeznaczałam na sen albo na totalne odmóżdżenie się ;). Jako, że pisanie posta wymaga trochę więcej uwagi i zaangażowania, pozostawała mi inna rozrywka: oglądanie seriali lub "popykanie" w różne gry.

Chciałam jednak napisać Wam o pewnym produkcie, który miałam okazję wykończyć. To na tyle niesamowite, bowiem do tej pory nie udało mi się skończyć jakiegokolwiek produktu do ust. A o takim będzie mowa.

Mój sztyft z The Body Shop z linii Hemp dostałam w prezencie od Siostry. Oczywiście dziękuję w tym miejscu jeszcze raz - publicznie, tym bardziej, że służył mi aż do końca, a z jego działania byłam zadowolona. Używanie kosmetyków TBS jest dla mnie zawsze wielką frajdą - nie mam do ich sklepu dostępu - w Poznaniu, a tym bardziej w Słupsku, nie ma żadnego punktu sprzedaży. Okazjonalnie zestawy lub same masła do ciała (które swoją drogą baaaardzo lubię) widziałam, że można kupić w Douglasie. Cena jednak nie jest dla mnie zbyt atrakcyjna, więc niestety tylko przechodzę obok i czekam ewentualnie na kolejne prezenty tego typu ;).

Ale wracając do tematu - sztyft ochronny do ust, z linii Hemp w oryginale wygląda tak:


Mój niestety po ładnym pół roku używania nie wygląda tak "wyraźnie", do tego stracił etykietę:


Jest przeznaczony dla skóry suchej do ekstremalnie wysuszonej. Polecany dla mających często suche, spierzchnięte usta. Zawiera olej z nasion konopi (hemp). Według Body Shop'u olej z nasion konopi ma niezwykle wysokie stężenie kwasów tłuszczowych, które pomagają naprawić barierę wilgoci skóry, by była gładka i elastyczna.

U mnie się sprawdził, choć nie narzekam na silnie wysuszone usta. Jednak każdorazowo przed wyjściem  używałam go jako ochronnego balsamu i sprawdził się w tej roli doskonale. Szczególnie ceniłam sobie użycie jeszcze w mieszkaniu, kiedy był ciepły, a przez to miękki i łatwo się rozprowadzał. Jako, że cały czas trzymałam go w kieszeniach kurtek, użycie go na "wolnym powietrzu" było mniej przyjemne przez to, że stawał się twardy i tak szybko nie pokrywał ust.

Nie miał silnego, konkretnego "smaku", ani zapachu, choć dało się wyczuć taką ziołową nutę ;). Żartowałam, że poprawia humor - nie trzeba palić jointów, wystarczy mieć ziołowy sztyft do ust :D.

W jego przypadku niesamowite jest również to, że mi nie zaginął ;). W dodatku biorąc pod uwagę, że często się przeprowadzał z kurtki do kurtki udało mi się go nie zgubić, nie zapomnieć, nie odłożyć i kolejne "nie". 

Teraz tylko mam problem, bo szukam godnego następcy do kieszeni...
Hmmm.... coś polecacie? ;)

piątek, 23 listopada 2012

Trzy dni nad morzem

Niech tytuł Was nie zmyli - nie pojechałam na weekend do domu ;).

Miałam okazję znów spróbować czegoś nowego - bardzo przyjemniej formy relaksu, prawdziwie morskiego mikroklimatu w centrum Poznania! Po saunie przyszła kolej na odwiedzenie groty solnej (taak, na sam koniec moje studia coraz bardziej mi się podobają ;) ). Jej działanie nie jest tak namacalne czy wyczuwalne jak w przypadku sauny, jednak to wyjątkowo miły sposób na zrelaksowanie się i poprawę zdrowia.


W takim uroczym otoczeniu dane mi było spędzić 45 min odprężającego seansu. Ten czas daje zdrowiu tyle samo dobroczynnego działania, co spędzenie trzech dni nad morzem. Taką informację uzyskałam przed seansem, kiedy wychwalano całą masą zdrowotnych i rekreacyjnych zalet groty solnej. Zainteresowanych odsyłam do strony www - Grota Solna GALOS.


Cała grota wraz z sufitem i podłogą jest wyłożona kryształkami soli, a cegły budujące ściany są stworzone ze sprasowanej soli z Jeziora Saksoje. Panuje w niej przyjemne, rozproszone światło, które wraz z rozpoczęciem seansu ściemnia się. Z dobrze ukrytych głośników dobiegają dźwięki natury - szum morza, ćwierki ptaków i delikatna muzyka relaksacyjna. Na suficie zamontowaną delikatną iluminację - wśród kryształków zapalają się i gasną urocze, kolorowe małe diody. Panują więc w tym przybytku idealne warunki do drzemki (sama przysnęłam w pewnym momencie), ale również do "medytacji", pozwalające uspokoić myśli i się wyciszyć.


Po wyłożonej kryształami soli podłodze warto pochodzić pierwsze minuty - daje to stopom niesamowity, naturalny masaż i pobudza krążenie. Warto dodać, że do groty można wejść w dowolnym stroju, trzeba jednak posiadać białe skarpetki, które są jedynym dress code w takim miejscu ;). Resztę seansu warto spędzić na wygodnym leżaku, pod kocykiem i po prostu się zrelaksować.


Ceny są przystępne - 15 zł za wejście normalne oraz 10 zł wejściówka ulgowa.

Korzystałyście kiedyś z takiej formy rekreacji??? :)

środa, 21 listopada 2012

Trochę słońca

Mamy jesień pełną parą. Choć lubię tą porę roku i tak przychodzą takie momenty, że mam ochotę położyć się i zasnąć na co najmniej miesiąc (wiadomo - chciałabym się obudzić na Święta ;) ). Dni są krótkie, pochmurne. W dodatku mam akurat wyjątkowo męczący tydzień. Tak się złożyło, że pewne zadania się nałożyły, a wypełniony plan zajęć pozwalał na odrabianie zdań tylko wieczorami. Dziś cieszę się na samą myśl, że nic nie mam do zrobienia na jutro (na piątek jest, ale tym się zacznę martwić za 24h :P ) i zrelaksuję się przed odcinkami "Prawa Agaty" i "Chirurgów".

Wracając z uczelni myślałam tylko o kubku herbaty, kocyku i mnie pod nim ;) z laptopem na kolanach... Taki sposób na spędzanie wieczoru to jednak pewnik, że zasnę teraz na 2-3 godzinki i później będę cierpieć przez bezsenność w nocy. Chciałabym dodać sobie trochę energii i odrobinę słońca w ten szarobury dzień. Wyszperałam z kartonu dawno zapominaną wyciskarkę do cytrusów i właśnie delektuję się świeżo wyciśniętym sokiem z pomarańczy :D! Jest słodki, jednocześnie lekko kwaskowaty, z malutkimi drobinkami owoców. Nic jesienią tak nie dodaje koloru i energii jak taka pychotka. Bez porównania z herbatą ;)

By uzyskać szklankę (równe 250 ml) soku potrzebujemy 2 pomarańczy. Opłaca się wybrać dość miękkie egzemplarze - mają trochę więcej soku, a przed przekrojeniem warto "pomasować" owoc tocząc go po blacie.



Pychaaaaaaa! :)
Widzicie, że kolejne dwie pomarańcze czekają na "danie im wycisku" ;). Z herbaty jednak nie zrezygnuję całkowicie, idę sobie właśnie zaparzyć tą ulubioną - z flaszowcem. Nie odmówię sobie też seriali, więc zmykam teraz życząc Wam mnóstwa słońca na te jesienne dni i wieczory! :)

czwartek, 15 listopada 2012

My name is Bond. James Bond.

Widzieliście "Skyfall"? Jeśli jeszcze nie, to naprawdę polecam! :) Ostatnio miałam okazję zobaczyć w kinie najnowszy bondowy film i bardzo mi się ten seans podobał. 

Zawsze miałam słabość do Bondów ;). Nie oglądałam każdego filmu z serii, jednak lubię taką konwencję - superagent, przystojny, elegancki i szarmancki, podejmujący się niemożliwych misji i kończący je z powodzeniem. W dodatku szybka akcja, sceny walki, pościgi i cała reszta sensacyjnej otoczki, z reguły w otoczeniu dobrej muzyki i z odrobiną poczucia humoru. Wiadomo - zarzuca się, że filmy te są zupełnie nierealistyczne. To fakt, ale spróbujcie mnie przekonać, że produkcje z zakresu komedii romantycznych są realistyczne i prawdziwie przedstawiają życie ;). No właśnie... tak więc akceptuje Agenta 007 w całości :D.

Wracając do "Skyfall" nie mogę nie napisać o tym, jak bardzo lubię Bonda w wersji a'la Daniel Craig. Aktor nadał 007 dojrzałości, ale również buntu oraz "ludzkich uczuć". Nie jest to playboy w typie Pierce'a Brosnan'a, ale chyba każda zawiesi oko na wysportowanej sylwetce Craig'a ;). Trzy filmy z udziałem tego aktora i jego wersją superagenta są wyjątkowe, inne niż pozostałe - najbardziej prawdopodobne z wszystkich do tej pory, jeśli mogę ocenić w takiej kategorii. Bond obrywa (i to czasem całkiem mocno). Bond ma uczucia (i się momentami nimi kieruje). W "Casino Royal" szczególnie podobało mi się, że duża część akcji była rozgrywana statycznie, przy stole do pokera, co w żaden sposób nie umniejszyło budowanego napięcia. "Quantum of Solance" było najgorsze z trójki, takie najbardziej efekciarskie, a sam Bond swoje działania motywował chęcią pomocy lokalnej społeczności czy rozpamiętywał wyrządzone mu krzywdy (sami przyznajcie - nie brzmi jak w stylu Bonda ;) ). Z kolei "Skyfall" to znów klasa sama w sobie. Postać złoczyńcy genialnie zagrana przez Haviera Bardem. Dobre kino akcji, cudowna czołówka z jeszcze lepszą piosenką Adele. Historia trzyma w napięciu od pierwszych minut, czasami zaskakuje, momentami śmieszy, oczywiście niektóre sceny są tak samo nieprawdopodobne jak zawsze, ale i tak to film warty obejrzenia.

Jednak nie wszystko ulega przemianom: nadal mamy piękne kobiety, superszybkie samochody, mniejsze lub większe gadżety i ponadczasową elegancję.





poniedziałek, 12 listopada 2012

Piosenka dnia

Dziś piosenka z serii takich lekkich, imprezowych i bardzo wpadających w ucho. Przez ostatnie dni po prostu się ode mnie nie odkleja:

Asaf Avidan - One day / Reckoning Song (Wankelmut Remix)


Nucę sobie pod nosem cały czas i tym samym poprawiam sobie humor. A noga sama przytupuje do rytmu  ;)

niedziela, 11 listopada 2012

Piątkoniedziela czy zaburzenia rytmu dobowego ;)

Weekend ogólnie ma to do siebie, że zlatuje szybko. Ledwie w piątek kończymy zajęcia, a jakimś cudem już mamy niedzielne popołudnie i nachodzą nas przykre myśli o jutrzejszym poniedziałku. I choć przyzwyczaiłam się do ekspresowego tempa, w jakim mijają dni wolne, ten weekend był wyjątkowy i minął ekspresowo.

W piątek miałam zajęcia do 18.15, a już o 22 siedziałam w Multikinie - czekała mnie kolejna noc z Władcą Pierścieni. Piszę kolejna, bowiem lekko ponad dwa miesiące temu byłam na tym wydarzeniu (link). Nie przypuszczałam, że powtórka będzie możliwa tak szybko i choć miałam obawy, że przedobrzę z dawkowaniem sobie tego filmu, to nic z tego i z wielką niecierpliwością czekałam na te kolejne 12 godzin. Przyznaję otwarcie - jeśli chodzi o filmową trylogię "Władcy Pierścieni" jestem kompletnie ześwirowana na tym punkcie. Nie zastanawiałam się więc długo czy kupić ponownie bilet, doszłam do wniosku, że co jak co, ale LOTR mi się nie przeje, a Mama dodała, że "być może, że jeszcze kilku dialogów nie pamiętasz" :).

Powiedzieć o tym filmie, że jest genialny to mało. 
Jest wyśmienity, wspaniały - jest to arcydzieło! Same superlatywy i do tego prawdziwe. We wszystkich kinematograficznych kategoriach można wskazać zalety tej produkcji. Choć od jego powstania i premiery minęło już 10 lat (pierwszy film- 2001 rok) to nadal zachwyca od strony technicznej, produkcyjnej i wielu innych. Zachwyca praktycznie ze wszystkich stron :P : aktorzy i ich kunszt, ujęcia, muzyka(!) i wszelkie dźwięki, krajobrazy i lokacje, charakteryzacja, aranżacje wnętrz, detale wszelkiego rodzaju, efekty specjalne, oczywiście też fabuła. Wersjom reżyserskim nie brakuje niczego. Zostały one wydłużone o sceny, które pomagają lepiej zrozumieć historię i motywacje bohaterów, charakter postaci, a także pojawia się wiele zabawnych momentów, które przełamują patos całej historii. Nie wyobrażam sobie już oglądania wersji "okrojonych", tych podstawowych. Każdemu polecam - obejrzyjcie koniecznie extended edition. Film jest tak dobry, że docenią go nawet przeciwnicy fantastyki.

Małym smaczkiem w tej edycji Nocy Kina był pokazywany przed seansem trailer do zdecydowanie najbardziej oczekiwanej premiery tego roku - "Hobbit: Niezwykła podróż":


Pokazywano tylko ten drugi zwiastun, ale oba są niesamowite. Mnie przejmują dreszcze! Powrót do Śródziemia po tylu latach! A moje nastawienie do obejrzenia tej produkcji doskonale oddaje cytat ze skali z Filmwebu: "umrę jak nie zobaczę"!


W sobotę po 10 rano wyszłam z kina :D. Zadowolona, pełna tolkienowskiej (i jacksonowskiej) magii dotarłam do mieszkania przed 11. O dziwo podczas nocnego seansu ani razu nie miałam ochoty się poddać i wracać do łóżka, jednak po powrocie do rzeczywistości czułam na powiekach ciężar nieprzespanej nocy. Umyłam twarz i zęby, a przez chwilę miałam dylemat, którego kremu użyć: na dzień czy na noc? ;) Choć była 11 rano zdecydowałam, że skoro idę spać to nałożę ten na nocną porę. 

I tak się zaczęło i trwało przez weekend zachwianie mojego dobowego cyklu. Kolejna, sobotnia noc też do w pełni przespanych nie należy, dostałam bowiem zaproszenie do znajomych, z którego nie zamierzałam przez piątkowy maraton rezygnować. I znów rozterki jaki krem na nocne wyjście - padło na dzienny ;). 

Dziś z kolei gotowa do życia byłam przed 14, teraz już jest ciemno, a weekend chyli się ku końcowi. Przede mną jeszcze do zrobienia zadania domowe na poniedziałek, za które boję się zabierać, bowiem wg wykresu mojego biorytmu stan intelektualny mam na poziomie -98 %. Szczerze powiedziawszy aż boję się w ogóle funkcjonować w takich warunkach ;).

Mimo wszystko mam nadzieję, że w tygodniu czas trochę zwolni, a biorytm się poprawi. Do usłyszenia! ;)

czwartek, 8 listopada 2012

Wizyta w saunie

Dziś po raz pierwszy byłam w saunie :D.

Jestem tym tak podekscytowana, że postanowiłam Wam o tym napisać. Sama może długo jeszcze bym się nie zdecydowała, ale wizyta w saunie odbyła się w ramach ćwiczeń (nareszcie studia przybrały przystępną formę ;) ), więc niejako zostałam zmuszona do oddania się tej przyjemności. Podobno jest to niezwykle popularna forma odnowy biologicznej i nie ma osoby w moim wieku, która by z niej choć raz nie skorzystała -  widać jednak, że teoria ta nie jest do końca prawdziwa - ja się ostałam ;).

Po dzisiejszym seansie powiem Wam jedno: to na pewno nie była ostatnia moja wizyta w tym przybytku. Jestem zachwycona! I choć w saunie bywało momentami za gorąco, a późniejszy prysznic był zbyt lodowaty, to i tak odczuwałam wielką frajdę z całego doświadczenia. Dodało mi to energii na cały poranek, która niestety z czasem się ulotniła (ale to na pewno wina późniejszej bezowocnej wizyty w akademickiej czytelni - podjęcie tematu magisterki nijak się miało do wcześniejszego relaksu w saunie ;) ).

Moją wizytę podzieliłam na trzy seanse: pobyt w saunie ok. 12-15 min, zimny prysznic ok. 5 min. Przed ostatnim wejściem do sauny nałożyłam na włosy maskę: Pilomax Wax z henną. Jest to produkt głęboko regenerujący włosy i hamujący ich wypadanie. W zaleceniach do stosowania producent zaleca "wmasować maskę (...) we włosy i skórę głowy. Następnie założyć na głowę ciepły ręcznik lub przebywać w ciepłej kąpieli lub saunie, ponieważ ciepło aktywuje działanie maski". Jako, że nigdy nie chce mi się bawić z prasowaniem ręcznika by był ciepły, a kąpiel w wannie biorę naprawdę rzadko, wizyta w saunie była doskonałą okazją do zastosowania maseczki w pełni zgodnie z zaleceniami. 



Włosy po zabiegu są naprawdę miękkie, co zauważyłam z łatwością, bowiem moje włosy są z natury raczej sztywne i twarde. Co do efektów wizyty w saunie - po jednym razie ciężko powiedzieć czy naprawdę to jej działanie czy potęga podświadomości przekonanej o dobrych efektach seansu, ale mam wrażenie, że nie tylko włosy, ale także skóra na całym ciele zrobiła się bardziej miękka i gładsza. Jak nic wychodzi na to, że ten relaks powinnam sobie dawkować częściej ;).

niedziela, 4 listopada 2012

Zgodnie z horoskopem

Jak jestem w domu dzień zaczynam od śniadania i przeglądnięcia lokalnej prasy. W sobotę moją szczególną uwagę przykuł horoskop:
"Rybom nic tak nie poprawia nastroju jak wyprawa na zakupy - najlepiej z rodziną."
Dalej już tylko lepiej:  "Przy okazji kupcie sobie coś niekoniecznie praktycznego - za to wymarzonego".

Tak więc o ile wstając, jeszcze się wahałam nad sposobem spędzenia dzisiejszego dnia, tak po przeczytaniu tych cennych wskazówek nie mogłam się opierać temu, co mówią gwiazdy ;). Poddałam się mocy układów planetarnych i astrologicznych sugestii, więc zapakowałam się z Mamą do samochodu i ruszyłyśmy na zakupy. To faktycznie coś, co Rybki (ale sądzę, że nie tylko) lubią najbardziej ;)!

Ale horoskop horoskopem, a gotówka to zupełnie inna kwestia. Ustaliłyśmy z Mamą pewien nieprzekraczalny budżet, tak więc powstrzymywałam się niesamowicie przed zaglądaniem do sklepów odzieżowych lub obuwniczych, by nie dać się skusić (i nie samej nie kusić) żadnym promocjom. Przed wyjściem przygotowałam listę zakupów i tak uzbrojona: w złotówkowy limit i kartkę najważniejszych potrzeb ruszyłam do centrum. Myślę sobie, że zakupy to niestety nie tylko przyjemność, ale czasami także niesłychane męki, na przykład przy odmawianiu sobie czegoś... Ale o tym innym razem ;). Tym razem na mojej liście zakupów widniały praktycznie same kosmetyki, bo nie wiem jak u Was, ale mi zawsze kończą się wszystkie kosmetyki na raz :/. A przynajmniej takie mam z reguły wrażenie... Dziś szukałam podstawowych rzeczy do pielęgnacji: płynu do demakijażu, szamponu, żelu pod prysznic, żelu do twarzy, itd. I nawet prawie udało mi się trzymać jedynie listy. Ale jak to mówią - prawie robi wielką różnicę, więc zawsze coś ekstra wpadło do torby ;).

Jednym z niezaplanowanych zakupów był podstawowy komplet do walki z zimową aurą - czapka (obowiązkowo z pomponem ;) ) i szalik:

Przez sztuczne światło zdjęcie trochę przekłamuje kolory, komplet nie ma takich metalicznych refleksów, a jego kolor choć tu wygląda na stalowy - to zwyczajna ciemna szarość.
I choć w szafie znalazłabym rzeczy, które posłużyłyby mi w tym roku, to okazja w Top Secret była wyjątkowa i postanowiłam nie dać jej się zmarnować. Przy zakupie dwóch akcesoriów zimowych ich cena jest o połowę niższa. Mój komplet kosztował 45 zł (ceny na metkach zaś wskazywały na 90). Sami przyznajcie, że aż szkoda nie skorzystać ;). Tym bardziej, że czapka to podstawa na zimową porę. Sama długo się broniłam przed noszeniem jakiejkolwiek, ale w końcu zmądrzałam i każdego czapkowego oponenta gorąco zachęcam do porzucenia negatywnych uczuć względem nakryć głowy :).

Skusiłam się na jeszcze dwie rzeczy spoza mojej listy, choć nie powiem - powinny się na niej znaleźć ;). Zatem zakupów tych nie uważam za szczególne wykroczenie wobec założonego budżetu, tym bardziej że udało mi się znów dobrze (mam nadzieję) wykorzystać zniżki. Padło na głęboko oczyszczającą maseczkę z glinką oraz sypki puder matujący z bambusem, obie rzeczy od Yves Rocher. O maseczce mam bardzo dobre zdanie, kupiłam jakiś czas temu podwójną saszetkę na wypróbowanie. Spodobała mi się na tyle, że teraz skusiłam się na pełnowymiarowy produkt. Cena... hmmm ze zniżką -40% da się przeżyć - to 21 zł za 50 ml. Puder z kolei to dla mnie nowość, opinie na Wizaz.pl są podzielone. Stwierdziłam, że chętnie wyrobię sobie własną, więc wrzuciłam puder do koszyka i wykorzystałam inną zniżkę tak, by kosztował 19,90 zł :). Liczę na matujący efekt i wydajność produktu. Jak to będzie przekonam się niedługo.

Na pierwszy rzut oka - opakowanie to nie szczyt jakości i finezyjnego desingu. Nad wyraz proste, plastikowe, w dodatku w kolorze różowo-fioletowym. Mam nadzieję, że wnętrze okaże się lepsze ;).
Pozostałe zakupy to większe lub mniejsze chybił-trafił, bo tak na prawdę na 100% wiedziałam tylko jaki chcę kupić antyperspirant (tym razem miałam ochotę na Adidas) oraz płyn do demakijażu (micel od Bourjois).  Resztę wybrałam przy sklepowej półce, mając tylko nadzieję, że nie wydajemy pieniędzy w błoto.


I tak się właśnie zastanawiam, czy Wy spisując listę (czy w ogóle spisujecie listy z zakupami? ;) ) od razu wiecie jakiej marki kosmetyk wybrać; dokładnie wiecie, który chcecie kupić? 

Czy może tak jak ja dajecie się omamić obietnicom producentów na opakowaniach i wybieracie choć część produktów pod wypływem chwili, na miejscu w sklepie?






czwartek, 1 listopada 2012

Bardzo luźny wieczór

Wczoraj wróciłam do domu, więc dzisiejszy dzień przeznaczyłam na błogie leniuchowanie. Był to naprawdę miły, acz nudny dzień ;). Choć rano trochę jeździłam i robiłam z Mamą ostatnie zakupy przed jutrzejszym świętem, wieczorem oddaję się zupełnie prostym przyjemnościom, ale obiecuję sobie, że w przyszłym roku będę w tym czasie trzymać w rękach drinka i bawić się w mrocznym przebraniu na halloween'owym przyjęciu ;).

Jednak jeszcze w tym roku cieszę się płonącym ogniem w kominku (przypominam na zewnątrz tylko 2 stopnie):

















Od czasu do czasu zaglądam do komputera (żeby żadne news'y mnie nie ominęły) i wypijam przy tym kolejne kubki herbaty:


W między czasie poddałam się banalnej rozrywce - oglądaniu TV. W Poznaniu nigdy tego nie robię, w domu zaś z rodzicami najczęściej właśnie tak spędzamy czas. To podobno dość typowe dla Polaków ;). Ale nas sam koniec wieczoru, do poduszki sięgnę po książkę, którą dzisiaj zamierzam już skończyć. Zaczęłam ją ledwie wczoraj, ale mocno się wciągnęłam, a już tak mam, że jak czytam, że muszę szybko skończyć coś, co mnie zainteresowało. "Trzynasta opowieść" Diane Setterfield poleciła mi przyjaciółka i miała rację, że warto ją przeczytać - Aniu, dziękuję :). 

Opis wydawcy:

Obie są samotne. 
Obie skrywają bolesną tajemnicę swoich narodzin. 
Obie zamknęły się w świecie książek. 

Margaret Lea - zwyczajna dziewczyna, córka antykwariusza z Cambridge, która bardziej kocha książki niż ludzi, i Vida Winter - największa pisarka naszych czasów, żyjąca z dala od świata, tajemnicza legenda łącząca siłę starożytnej bogini i czarownicy. Vida Winter nie ma prawdziwego nazwiska, za to ma setki biografii. Żadna nie jest prawdą. Wszystkie są zmyśleniem. Teraz ponaglana śmiertelną chorobą chce wreszcie wyjawić prawdę. Prawdę, która prześladowała ją przez całe życie. Wybiera Margaret a dlaczego? Skąd wie, że tylko ta dziewczyna ją zrozumie? Rozpoczyna się walka z prawdą i o prawdę. Ożywają wielkie uczucia, grzeszne namiętności, przeklęte i tragiczne postaci, duchy przeszłości. 

Wciąga od pierwszych stron, a opowiadana historia naprawdę jest intrygująca. Fajnie napisana proza, niebanalna, a duże, ładne wydanie dodatkowo zachęca do czytania.

Mam nadzieję, że Wasz wieczór upłynął w podobnej, sielskiej atmosferze, tudzież wspaniale bawicie się na jakimś "strasznym" halloween party ;)! 

niedziela, 28 października 2012

Tour Salon 2012

Tour Salon to dla mnie najważniejsze wydarzenia na Poznańskich Targach w całym roku. Tuż za, na drugim miejscu jest Cavaliada, jednak to dość droga impreza i wejściówkę kupiłam do tej pory tylko raz :(. Nigdy nie wiem czy wybiorę się na Cavaliadę, za to Tour Salon obowiązkowo wpisuje w kalendarz. Nie byłam jednak tak mądra od początku studiowania i życia w Poznaniu, na turystyczne targi wybrałam się pierwszy raz dopiero dwa lata temu, na III roku. W ubiegłym roku impreza trwała w czasie moich mini-wakacji po wakacjach, więc niestety nie byłam. W tym roku zaś za punkt honoru postawiłam sobie ponowną wizytą na Salonie. 

Tak piszę jakby było oczywiste czym ów Tour Salon jest. Są to jedne z ważniejszych w Polsce corocznych targów branży turystycznej. Spotykają się na nich wystawcy reprezentujący każdy region Polski, światowych i krajowych tour-operatorów i przewoźników, a także poszczególne firmy z branży (głównie hotele i ośrodki pobytowe, ale również wydawnictwa tematyczne). Są również zagraniczne stoiska reklamujące różne kierunki wyjazdów od oczywistej Hiszpanii, Grecji i Włoch, przez Turcję, Palestynę, Irlandią, po Brazylię i Republikę Dominikańską.Całość trwa 4 dni - dwa pierwsze dla tzw. dni branżowe, dwa pozostałe otwarte dla wszystkich. 

Dlaczego tak lubię to wydarzenie? Jest pełne radości, słońca, kolorów i niespodzianek. Zazwyczaj można skosztować regionalnej kuchni i przysmaków, zobaczyć wytwarzanie wyrobów rzemieślniczych typowych dla danego regionu, posłuchać lokalnej muzyki, czy zobaczyć ludowe tańce na żywo - przez chwilę poczuć się jak w reklamowanym miejscu :). Ale przede wszystkim można się świetnie obłowić w różnego rodzaju wydawnictwa: mapy, przewodniki, informatory turystyczne i tym podobne :). To lubię najbardziej! Bo udostępniane rzeczy do zgarnięcia są wydane naprawdę estetycznie, zawierają szczegółowe informacje i odnoszę wrażenie, że za to samo w księgarniach musiałabym zapłacić nawet po kilkanaście złotych. Dwa lata temu na targach odkryłam swoją zbieracką pasję - z radością od tamtego czasu kolekcjonuję wszelkiego rodzaju mapy! Musiałabym Wam pokazać - mam już ich cały karton. Są to mapy turystyczno-krajoznawcze, mapy szlaków wodnych, pieszych, rowerowych, a nawet konnych :D (o tym też troszkę dalej w poście). Najwięcej map przydźwigałam z Tour Salonu 2010, tym razem kilogramów było trochę mniej, oto tylko kilka(naście) map leżących na wierzchu tegorocznego po-targowego stosu (i mieszczących się w kadrze):


Chciałabym Wam też pokazać inne, wybrane "łupy", które osobiście chcę wyróżnić za jakość treści i wykonania. Szczególnie mając na uwadze, że są do otrzymania za darmo w czasie takiej imprezy jak Tour Salon.

Kanon Krajoznawczy Województwa Łódzkiego w pięknym, książkowym wydaniu:

Pod redakcją J. Śledzińskiej, A. Wielochy i B. Włodarczyka. Wydawnictwa PTTK "Kraj".

W środku cała masa przydatnych informacji o atrakcjach i zabytkach w poszczególnych powiatach i miejscowościach. Jest też rozdział poświęcony parkom krajobrazowym w województwie. Na wewnętrznych stronach okładki poglądowe mapki.

Drugie książkowe wydanie to nagroda za podanie hasła z Facebooka - Zakręcona Jazda czyli Przemęckie Rajdy Rowerowe 2005-2011:

Zdjęcie z "błyskiem", ale widać wielowymiarowość okładki ;). M. Ratajczak. Wydawnictwo LIBRO.
To taki niecodzienny przewodnik. Zawiera spis, opis i mapy przedstawiające trasy rowerowe w gminie Przemęt, ale dodatkowo zabawne historie odbytych Rajdów, mnóstwo zdjęć, roześmiane twarze i przyjemność. Aż się cieszę, że nadal zbieram na rower (i nie wydałam jeszcze tych pieniędzy) ;). 

Ale z tej pozycji wyciągam jeszcze jeden wniosek - to naprawdę siła Targów i moc ich oddziaływania. W życiu nie wiedziałabym, że taka gmina jak Przemęt istnieje i w dodatku ma tyle do zaoferowania. Zainteresowanie jakie wzbudziła swoją targową ofertą sprawiło, że poszukałam informacji o tym miejscu i dowiedziałam się czegoś nowego. Okazało się, że w razie podjęcia wyjazdu do Przemętu mam niedaleko - gmina leży w woj. wielkopolskim :).

Starannością i dobrą promocją pochwalić się może również województwo podlaskie. Z ich stoiska wzięłam m.in. Informator Turystyczny:


Podzielony na dwie części: przewodnikową (od historii, przez regiony i atrakcje w danych miejscach, po przyrodę i kulturę) oraz dokładną bazę adresową z rozpiską cyklicznych imprez w województwie. Po prostu  dobry, praktyczny informator.

Już kończąc mój tym razem długi wpis pokażę Wam niezbyt obszerny, ale przydatny (w razie wyjazdu) przewodnik turystyczny po Republice Dominikańskiej. Zawiera najważniejsze informacje, praktyczne wskazówki, bazę adresową oraz ciekawostki. Mały, lekki, poręczny ale z użyteczną zawartością. W razie wakacji na Dominikanie nie muszę już szukać w Empiku przewodnika ;) :

Przewodnik naprawdę mnie zachęcił... chyba wiem, gdzie chcę pojechać w pierwszej kolejności po Nowej Zelandii ;)
Na koniec (już naprawdę) coś co raduje moje serce ;). Zauważam coraz większe wyspecjalizowanie w turystyce, powstaje coraz więcej tematycznych szlaków, również w Polsce. Szczególnie świecą mi się oczy kiedy wypatrzę coś o turystyce konnej, która robi się coraz bardziej popularna i w tym roku na Targach było znacznie więcej informacji o niej niż dwa lata temu: 

Rajd konny to też jedno z moich marzeń, czuję że kiedyś uda mi się je zrealizować :).

sobota, 27 października 2012

Omlet z bananami

W dzień taki jak dzisiaj, w którym nie chce się podejmować żadnych akcji, zdecydowałam się na prosty i szybki obiad, który poprawi mi humor ;). Z parapetu od wczoraj patrzyły na mnie coraz gorzej wyglądające dwa banany i postanowiłam, że muszę je jakoś spożytkować, a zjeść tak "na czysto" nie miałam ochoty.

Dwa jajka ze szczyptą soli miksowałam ponad minutę na najwyższych obrotach w mikserze. Później dodałam łyżkę mąki i chwilę miksowałam, ale już na niższym stopniu obrotów. Następnie dodałam jednego banana pokrojonego w małe kawałeczki (plasterki pokrojone na 4 części), delikatnie mieszając masę łyżką. Drugiego banana pokroiłam zaś w pasterki i odstawiłam na później. Całą masę wlałam na rozgrzaną patelnię z kroplą oleju i smażyłam tak długo, aż mogłam bezpiecznie przerzucić omlet na drugą stronę (wierzch się ściął, a spód zarumienił). Następnie zsunęłam omlet na talerz, złożyłam na pół, a środek wypełniłam plasterkami banana. Całość posypałam cukrem (ja zwykłym, ale polecam cukier-puder do takich specjałów ;) ).

Do pełni szczęścia zabrakło mi tylko wspominanego cukru pudru i bitej śmietany ;).

Mniam!

czwartek, 25 października 2012

Łóżko! Kawa!

Kawa!
Kawa, łóżko, kawa, łóżko!
Taki dzień jak dzisiaj nie może się odbyć bez niej. Dziś porządnie daje mi w kość pogoda i niskie ciśnienie, które w połączeniu z moim, normalnie też niskim, ciśnieniem robi ze mnie klasyczną narkoleptyczkę. Dziś mogłabym zasnąć praktycznie w każdym miejscu - w tramwaju, w sali zajęciowej, w kolejce w Biedronce, itd.

W taki dzień jak dzisiaj nie pomoże mi nic oprócz łóżka i kawy (która mimo wszystko ma działanie psychologiczne, że niby ta kofeina coś pomoże ;) ). Nie pomogą: wejściówka na Targi Turystyczne - na szczęście mam jeszcze czas, by ją wykorzystać; ani ptasie mleczko; ani nawet zakupy - tego ostatniego niestety nawet nie próbowałam, z racji skąpych środków na koncie pod koniec miesiąca.

Pozostaje więc łóżko. Spędziłam w nim już pół dnia i chyba spędzę kolejne pół, szukając ukojenia w niezbyt ambitnym zadaniu jak oglądanie seriali :P, ewentualnie pobudzę się trochę grą wyścigową Blur :P. Do jedynej aktywności dziś zmusiła mnie lista obecności odczytywana na zajęciach - w październiku wolę unikać sytuacji, że nie będę w stanie powiedzieć "Jestem!" na dźwięk wyczytywanego mojego nazwiska - takie możliwości wolę wykorzystywać trochę później, niż w pierwszym miesiącu roku akademickiego ;). I właśnie z powodu tego, że musiałam wstać, ogarnąć się i wyjść, jestem w pełni świadoma faktu, że najlepszym przyjacielem człowieka (obok psa) jest łóżko.


Szczególnie w dni jak dzisiejszy.

Źródła obrazów: grafika Google

poniedziałek, 22 października 2012

Plan na jutro

Nie udało mi się być oryginalną i poddałam się jak wszyscy przeziębieniu na początek okresu jesienno-zimowego. Cały weekend spędziłam w kiepskim stanie, pod kołdrą z cieknącym nosem i gorączką (tak przypuszczam w wyniku własnej oceny, bo termometr to zbędny luksus w moim studenckim życiu ;) ). Ratowałam się zaleceniami, które od zawsze otrzymywałam od mojej pani doktor: miód, malina i pierzyna. Choć z tego zestawu nieruszona została jedynie pierzyna, gdyż malinę i mód wymieniłam na mleko z czosnkiem. Dobrodziejstwa natury nie uporały się z jednak moją chorobą. Sięgnęłam więc po cięższy, apteczny asortyment i na dzień dzisiejszy mam nadzieję, że powoli przeziębienie się ode mnie oddala. Najbardziej dokucza mi aktualnie katar, który zawsze przerzuca się u mnie na zatoki, co jest jeszcze bardziej uciążliwe i niekomfortowe niż zwyczajny katar...

Więc mam ambitny plan na jutro:

Źródło: grafika google

Wam mimo wszystko życzę udanego i zdrowego tygodnia ;).

czwartek, 11 października 2012

Wieszak na paski





Od dziś w Biedronce można kupić welurowe wieszaki w promocyjnej cenie 7,99 zł. Są do wyboru różne zestawy, ja upatrzyłam sobie szczególny wieszak, na który polowałam od dłuższego czasu. Cena bardzo atrakcyjna więc do mojego koszyka powędrował zestaw: wieszak na paski plus wieszak na krawaty. Ten drugi nie jest mi na razie potrzebny, jednak sprzedawane były razem.

Bardzo podoba mi się to rozwiązania, gwarantuje porządek w szafie i to, że nie zapomnę jakie paski posiadam (co zdarzało mi się nader często, więc rzadko kiedy zmieniałam ten dodatek). Teraz mam pełen pogląd (prawie pełen, bo w każde spodnie mam wsunięte paski noszone "standardowo").

Na wieszaku jest 11 haczyków, dodatkowo zbudowany jest on z kółek, przez które również można przepleść swój paskowy dorobek. Ja nie mam zbyt dużej kolekcji, ale taka forma przechowywania bardziej mi odpowiada niż zwinięcie ich w szufladzie. Widać nawet jak niektóre są przez to pozałamywane. Teraz już będą ładnie wisieć i czekać na użycie ;).