wtorek, 24 grudnia 2013

Ho!ho!ho!

Z okazji Świąt Bożego Narodzenia chciałabym Wam życzyć dużo radości, odpoczynku i wesołych chwil w rodzinnej i pełnej ciepła atmosferze! Niech magia Świąt trwa jeszcze długo po tym jak wszystkie potrawy znikną z naszych stołów, a ostatnie igły spadną z choinek.

Odpoczywajcie i świętujcie! :*


Dzień dobry, już Wigilia.

Hej!
Aż ciężko mi w to uwierzyć - na zegarze kilkanaście minut po północy, a to oznacza, że za parę godzin będę ubierać choinkę, przygotowywać świąteczną kolację i cieszyć się z prezentów (lub rózgi :P). Jak zwykle cały rok przebiegł bardzo szybko, a ostatni miesiąc trwał dla mnie zaledwie tyle co tydzień - tyle miałam zajęć i obowiązków. Do mojego skurczonego kalendarza w ostatnim czasie doszły zaliczenia i egzaminy, a nad głową wisi topór w postaci inżynierki. Znów odłożyłam wszystko za daleko w czasie i stres na koniec roku oraz początek kolejnego mam murowany.

Jednak póki co pochłaniają mnie przedświąteczne przygotowania. Udało mi się urwać z pracy w niedzielę i wracam do niej dopiero w piątek. Już tego żałuję, bo mama pichci w kuchni coraz to nowe pyszności i przyjdzie mi to zaraz po drugim dniu Świąt zostawić :(. A w Poznaniu dobrej kuchni mi bardzo brakuje... 

Przygotowania to również porządki, dekorowanie domu, kupno prezentów. To ostatnie mam już odhaczone, właśnie jestem po pakowaniu bożonarodzeniowych upominków. Jestem bardzo zadowolona z tegorocznych prezentów i bardziej niż pewna, że obdarowani wyjątkowo się ucieszą w tym roku :) Nie ma dla mnie samej lepszego świątecznego spełnienia :D. Aczkolwiek na 100% przekonam się o tym po dzisiejszej kolacji. Póki co nie mamy nawet choinki (to znaczy jest, ale nie ubrana stoi w szopie i czeka) - tradycją u mnie w domu jest ubieranie jej w Wigilię. I choć żałuję, że tak krótko nacieszę oczy świątecznym drzewkiem, tradycja musi zostać zachowana, więc czekam ze strojeniem do Wigilii. Za to okna domu, ganek, schody i inne elementy są już całkowicie w świątecznym klimacie: lampki, stroiki, świeczki, gałązki, kartki - dekorowanie obok sprzątania to drugie moje coroczne grudniowe zadanie ;).

Czas przy domowych obowiązkach umilam sobie słuchając RMF Classic. To chyba najlepsze radio na święta, dodatkowo to jedna z niewielu stacji, w której mogę posłuchać fragmentów soundtracku z "Władcy Pierścieni"... Taaak, zdecydowanie bardzo lubię to radio. Polecam, jeśli szukacie fajnej stacji w świątecznym klimacie. Swoją drogą myślałam, że na piosenek o tematyce bożonarodzeniowej nie będę mogła słuchać po ostatnim tygodniu w pracy, podczas którego świąteczna płyta była zapętlana od 9 do 21 :/, ale jednak w domu to nie to samo... i słuchanie oraz nastrajanie się do świątecznego klimatu to wielka przyjemność :)

Jeden z moich ulubionych utworów:


PS. Mój dom tak (stety lub niestety ;) ) nie wygląda ;) 

sobota, 14 grudnia 2013

Naturalny kosmetyczny cudotwórca

Jakiś czas temu pisałam Wam o kosmetycznej perełce, którą chciałabym tu zaprezentować. 

Jest nią naturalne, tłoczone na zimno mydło z olejku z czarnuszki. W składzie ponad olejek z czarnuszki ma również olej palmowy i z orzecha kokosowego. Szukałam czegoś, co pomoże mi w walce z niedoskonałościami skóry i chyba udało mi się trafić w dziesiątkę! Mydełko bowiem spisuje się świetnie. Chyba jako jedyny produkt pomogło zmniejszyć mnogość znienawidzonych czarnych kropeczek na nosie, a przynajmniej zmniejszyło zdecydowanie ich widoczność - to już wielki plus. 

Mydło nie wysusza skóry, choć bardzo dobrze ją oczyszcza i peelinguje (w mydełku jest proszek z nasion czarnuszki, przez co może ze spokojem być używane do peelingu - nawet całego ciała).


Próbowałam z prezentacją czekać, aż będę miała dzień wolny i światło dzienne do zdjęć, ale nie udało mi się zapewnić obu tych elementów. Zdjęcia więc robione przy sztucznym świetle, a recenzja pisana w ostatnie chwile dnia wolnego ;).

Wracając jednak do mydła - jest, jak chyba każde mydło w kostce, niesamowicie wydajne. Delikatnie się pieni, ma słaby, ale niezbyt przyjemny zapach, który jednak nie pozostaje na skórze. Mydełko polecane jest dla osób z zanieczyszczoną cerą, trądzikiem i egzemą. Może być stosowane przez osoby o skórze wrażliwej, dojrzałej i suchej. Olej z czarnuszki zawiera dużo nienasyconych kwasów tłuszczowych: omega 6, 9 i 3 oraz m.in. witaminę E.


Na szczęście tak dobry kosmetyk nie jest drogi - kostka kosztuje ok. 15 zł, a przy wysokiej wydajności inwestycja bardzo się opłaca. Ja kupiłam mydełko w stacjonarnym MarokoSklep w Poznaniu, przy ul. Piątkowskiej.


piątek, 6 grudnia 2013

Mikołaj i Ksawery

Ho! Ho! Ho! Witam Was cieplutko w jeden z najfajniejszych dni w roku! :) Dziś Mikołajki, które są cudownym dniem na obdarowywanie siebie na wzajem malutkimi i niedrogimi podarkami, które przywołują szczery uśmiech na twarzy i sprawiają mnóstwo radości. Ja tak mam w każdym razie :P.

Bardzo to miłe i każdego roku będę celebrować tego typu dni. Moja Mama uważa, że to święto dla dzieci, a ja tak strasznie to przeżywam - nie zgadam się z tym, a na dodatek powiem, że mój kalendarz z mądrymi radami na każdy dzień roku się również nie zgadza i rzecze:


Więc nie sądzę, aby jedynie dzieci miały frajdę z Mikołajek ;). I choć 6-to-grudniowy upominek nie jest raczej niespodziewany, to i tak tak samo miły! I zdecydowanie namawiam byśmy świętowali takie chwile :). 

Oczywiście i mnie Mikołaj nie ominął, bo nie szerzyłabym tu takich postów o wszechobecnej radości, uśmiechu i rodzinnym cieple, gdybym nie miała okazji tego kolejny rok doświadczyć ;). Będę więc przez najbliższe dni tyć dzięki temu, co wyciągnęłam z buta i ze skrzynki pocztowej ;).


Dzień przebiega również pod patronatem innego imienia - Ksawerego, którego gościmy na ziemiach nie tylko polskich od dwóch dni. Mowa o orkanie (huraganie) o tej nazwie, który sieje spustoszenie ;). Taaak, wieje dość zacnie, zacina śniegiem, w Poznaniu panuje totalny komunikacyjny chaos po popołudniowej śnieżnej zamieci. Dla dobra mojego wizerunku przemilczę fakt, że ja lubię taką pogodę, nawet jak muszę wychodzić na zewnątrz i nie mogę podziwiać takiego świata jedynie zza szyb ;). Choć pewnie gdybym została bez prądu jak tysiące osób w całej Polsce to zrezygnowałabym z powyższego stwierdzenia ;). Na szczęście i póki co taki los mnie ominął, dlatego też mogę wystukać posta.

Wszystkiego dobrego z okazji Mikołajek! :*

poniedziałek, 2 grudnia 2013

Hello December!

Dzień dobry w nowym miesiącu! :) 

Grudzień jest lubiany przeze mnie (chyba nie tylko przeze mnie? ;) ), jak mało który miesiąc. Bo to i zima, i Święta za pasem, i koniec roku, i prezenty, i mandarynki, i wolne, i inne fajne i typowo grudniowe rzeczy! Brak słońca i dziennego światła rekompensują mi wszelkiego rodzaju ozdoby świąteczne, które stuprocentowo akceptuję od pierwszych dni ostatniego miesiąca roku :). 

Źródło zdjęcia: klik, obróbka autorska :). A sama fotka przedstawia jedną ze świątecznych iluminacji
w moim rodzinnym mieście. Mam nadzieję też, że śnieg choć w tym roku pojawi się na Boże Narodzenie
 - pod tym względem jestem jak dziecko - jestem bardzo rozczarowana gdy go nie ma ;)

Uwielbiam też okres tej bożonarodzeniowej gorączki - poszukiwanie prezentów, obmyślanie i szukanie inspiracji w zakresie dekoracji, ustalanie świątecznego menu, wybór wigilijnej kreacji ;).

Ach te świąteczne witryny!
Ta na żywo prezentuje się mega zachęcająco :)

Jeśli dodam do tego fakt, że za niedługo premiera drugiej części Hobbita, to chyba powiedziane zostało wszystko, dlaczego ten miesiąc jest miesiącem tak bardzo przeze mnie lubianym ;).


Znaki na ścianach i w ręku pokazują, że premiera już blisko! :D

W beczce miodu znajdzie się jednak i łyżka dziegciu, tak dla zachowania naturalnej równowagi. Na uczelni gorący okres: czas na napisanie inżynierki umyka jak szalony, a ostatnie egzaminy i zaliczenia już są rozpisane w kalendarzu. Sam mój grafik jest napięty, bo do studiów doszła mi jeszcze praca. Czas sprawdzić czy wyuczona na dwóch kierunkach i wpisana do CV umiejętność "dobrej organizacji czasu" sprawdzi się w praktyce, czy jest to lekkie nadużycie z mojej strony ;).

Tym razem nie będę znów się usprawiedliwiać, że na blogu ostatnimi czasy cisza. Powody wypisałam powyżej, ale dziękuję tym, co regularnie tu zaglądają i pomimo przestoju do mnie wracają :). To bardzo miłe ^_^

Dodam jednak, że przy odrobinie wolnego czasu i światła do zdjęć (a żyję ostatnio sama z niedoborem światła) mam Wam do pokazania kilka kosmetycznych produktów naprawdę godnych polecenie! W tym mojego ostatniego kosmetycznego cudotwórcę ;). To już wkrótce :)). 

A teraz, póki co cieszmy się z nowego miesiąca, który przeminie jak szalony - ledwie się obejrzymy, będziemy świętować Nowy Rok. A właśnie: już się do Was zwracają z znienawidzonym często pytaniem:
 "co robimy na Sylwestra?" :P

czwartek, 21 listopada 2013

Quesadillas, czyli pomysł na obiad

Na wstępie chciałabym zaznaczyć, iż na fotografowaniu jedzenia zupełnie się nie znam. I przyznam szczerze, że nie sądzę żebym tą sztukę opanowała, ponieważ z reguły i tak szybciej zjem wszystko niż pomyślę o aparacie :P. A gdzie tu jeszcze czekanie na odpowiednie światło, doskonała oprawa, jakieś pasujące i upiększające dodatki? Nie. Ja gotuję by zjeść, gdy jestem głodna, więc zdjęcia z przygotowań robione na szybko (oj, bo głodna jestem, muszę w końcu zrobić ten obiad, a nie focie cykać), a zdjęcie gotowego dania w przerwie między jednym gryzem, a drugim. Wybaczcie ;)

Nigdy nie robiłam i nawet nie jadłam wcześniej tytułowego quesadillas, ale miałam ostatnio tak wielką na to ochotę, że postanowiłam sobie sama ten meksykański przysmak zaserwować. Jest smacznie, łatwo i stosunkowo niedrogo - więc danie to jest po prostu idealne.

Za pierwszym razem poszłam na łatwiznę i podałam quesadillas tylko z kurczakiem, serem, kukurydzą i pomidorem (zdjęcia są z tego pierwszego razu właśnie). Dziś podawałam kolejny raz, dodając do środka nowe składniki: groszek, czerwoną paprykę oraz cebulę. Naczytałam się, że można dodać zamiast kurczaka kiełbasę chorizo lub zwykłą szynkę, a ponadto papryczki jalapeno, brokuły czy i inne rzeczy, na które macie smak :). 

Oczywiście poza wymienionymi składnikami potrzebne są jeszcze dwie tortille, olej, sól, pieprz i oregano.

Na początek kroimy pierś z kurczaka w kostkę, doprawiamy solą, pieprzem i wspomnianym oregano (ja dodałam jeszcze szczyptę czosnku granulowanego). Kurczaka smażymy na niewielkiej ilości oleju, aż do uzyskania złotego koloru. W międzyczasie kroimy w kosteczkę pomidora (wcześniej sparzonego i obranego ze skórki), mniej więcej 1/4 niedużej papryki i ćwiartkę cebuli. Do skosteczkowanych składników dodajemy (według własnego widzimisię) groszku konserwowego i kukurydzy. Warto wymieszać razem wszystkie warzywa. 



Na tarce na grubych oczkach ścieramy ok. 250 g żółtego sera. Możemy być cwani i kupić już starty, jednak ja cwana nie byłam i ścierałam sama. Byłam także oszczędna i do dania wybrałam najtańszą kostkę sera z Biedronki - ser edamski, ale sądzę, że jakaś ostrzejsza odmiana (jak cheddar na przykład) pasowałaby do quesadillas jeszcze lepiej.

Jeśli kurczak już jest gotowy na dużej patelni rozgrzewamy łyżkę oleju. Po chwili kładziemy pierwszą tortillę, na nią wykładamy równomiernie ok. połowę startego sera, później kurczaka, mieszankę warzywną i posypujemy resztą sera. Przykrywamy drugą tortillą i lekko dociskamy, a na koniec przykrywamy patelnię (lub jak w moim przypadku - samą tortillę :P) przykrywką. Całość obsmażamy z dwóch stron na małym ogniu przez około 10 min. Warto przewracać quesadillas, aby tortilla z obu stron była chrupiąco zarumieniona :). Jeśli nie wyobrażacie sobie przewracania placów z takim bogatym nadzieniem wewnątrz, polecam bardzo łatwy sposób: duży płaski talerz przykładamy do tortilli, obracamy patelnię do góry dnem trzymając zawartość na wspomnianym talerzu. Następnie quesadillas z talerza zsuwamy z powrotem na patelnię. Gotowe! :)



Po ostatecznym zsunięciu dania z patelni ostrym nożem kroimy na 8 kawałków i ze smakiem zajadamy! Jako sos można wykorzystać popularną w kuchni meksykańskiej gęstą, kwaśną śmietanę, ale bez także bardzo dobrze smakuje ;).


Danie to idealnie sprawdza się zarówno na śniadanie, obiad, jak i na imprezę! Quesadillas w wersji na obiad wg mnie wystarcza dla dwóch osób.

SMACZNEGO! :)

poniedziałek, 18 listopada 2013

Weekendowe denkowanie

Moje kosmetyki, od kiedy pamiętam, zawsze kończą się grupowo. Wolałabym, żeby kończyły się po kolei, raz na jakiś czas kolejny - wówczas zakupy w drogerii nie byłyby tak dotkliwe dla portfela. Na szczęście dla mnie (i wspomnianego portfela) mam już zamienniki dla niniejszych produktów, z których ostatnią kroplę wykorzystałam wczoraj wieczorem:

Żel pod prysznic - kwiat bawełny - Yves Rocher - żele z serii  Jardins du Monde - Ogrody Świata (jak wymieniony) czy Fraîcheur Végétale to moje ulubione preparaty do mycia pod prysznicem. Mają obłędną i szeroką gamę zapachów, są wydajne, doskonale się pienią i nie wysuszają mojej skóry. Mój ukochany zapach bambusa niestety już wycofano z produkcji (pisałam kiedyś o nim - KLIK), na szczęście kwiat bawełny czy soczysty grapefruit godnie go zastępują :). Inna seria tego producenta - Plaisirs Nature również zasługuję na pochwałę i uznanie, muszę przyznać, że nie używam w ogóle innych żeli pod prysznic niż tych od Yves Rocher. W edycji świątecznej wychodzi limitowana seria kosmetyków, w tym żeli pod prysznic, o zapachach pistacji, maliny i pomarańczy w połączeniu z czekoladą :D. Jeszcze nie wąchałam, ale niewątpliwie takie zestawienia rozbudzają moje zmysły! Trzeba będzie się zaopatrzyć choć w jeden flakonik ;)

źródło: YR

Teraz Bawełnę z Indii zastąpi mi jeszcze jeden specyfik do mycia z (a jakże!) YR - olejek pod prysznic, o którym o dziwo Wam nie pisałam ;). Nadrobię wkrótce, teraz skupmy się na tym, co się pokończyło ;). 

Kolejny kosmetyk również wykończyłam w całości - tym razem to także żel, ale do twarzy, z mydlnicą lekarską do cery tłustej, firmy Fitomed. Bardzo dobry produkt, kosztuje ok. 8 zł, jest szalenie wydajny, znakomicie się pieni i oczyszcza skórę. Do tego nie podrażnia, nie wysusza powodując uczucia ściągnięcia. Na pewno do niego wrócę!


Ostatnim denkiem z tego weekendu jest jeden element z mojego pierwszego zamówienia z Biochemii Urody. Chyba najlepszy z całej czwórki, którą zamówiłam, a mianowicie - hydrolat oczarowy. Używałam go regularnie wieczorem, po umyciu twarzy jako toniku. Znakomicie sprawdzał się w tej roli, łagodził podrażnienia, jeśli miałam jakieś związane z różnymi nieprzyjaciółmi na skórze, dodatkowo niwelował zaczerwienienia. Świetny również na przetarcie miejsc podrażnionych po depilacji. Kolejny produkt, który żałuję, że się skończył i mam zamiar nabyć ponownie, tym razem jednak poszukam jego odpowiednika z firmy Fitomed, bo też mają w ofercie wspomnianą wodę oczarową. 


Pomimo wiadomej chęci na zakupy kosmetyczne mam w zapasie kilka produktów, które z lepszym lub gorszym skutkiem zastąpią mi skończone kosmetyki :). Następne w kolejności do skończenia już są m.in. płyn do demakijażu czy odżywka do włosów - dlatego podkreślam, że u mnie kosmetyki kończą się grupowo :P


wtorek, 12 listopada 2013

Sezon na pyszności

Za sprawą absolutnie fantastycznej promocji w E.Leclerc ogłaszam sezon na pomelo za otwarty! Przypominam,że to jeden z moich ulubionych owoców, po ciut więcej zapraszam do posta: KLIK. A wracając do promocji - wymieniony market sprzedawał w miniony weekend pomelo za 3,29 zł za sztukę! :D Cena cudowna, tak samo jak smak - na szczęście owoce nie okazały się gorszej jakości przy takiej cenie :). 


Skłoniło mnie to do rozmyślań,że nie tylko pomelo będzie pieścić moje podniebienie, ale również pierwszej klasy mandarynki i pomarańcze. Niech se będą mikołaje i bombki w sklepach nawet od października - dopiero jak poczuje obieraną mandarynkę wiem na pewno, że idą Święta ;)).

PS. Choć z drugiej strony widząc dziś Almi Decor całe w choinkach, byłam lekko zasmucona, że świąteczny sezon zaczyna się przed właściwym sobie miesiącem...

sobota, 9 listopada 2013

Szalony czas

Ostatnio nawet gdybym chciała, nie miałam jak nic Wam napisać. Tydzień przed Wszystkimi Świętymi był po prostu szalony, okazało się, że muszę wszystko związane z magisterką załatwiać na ostatnią chwilę: ostatnie poprawki, drukowanie, oprawiania, oddanie do dziekanatu, zdjęcia do dyplomu, etc. W każdym razie - choć na styk - udało mi się wszystko załatwić. Miałam też przedłużony pobyt w domu związany z 1 listopada. Niestety dopadło mnie jakieś choróbsko :/. 

A już w środę miałam obronę... I choć ledwo mówiłam (zapalenie krtani to nie przelewki) zakończyłam szczęśliwie i pozytywnie jeden z etapów mojej edukacji :). Pierwszy cel powakacyjny wykonany. Teraz muszę skupić się na drugim i pozyskać kolejne literek przed swoje nazwisko.

Póki co niestety ciężko mi się skupić i zabrać za cokolwiek, bowiem choroba nie odpuszcza. Grzeję się więc od wczoraj w piżamie i pod kocem całe dnie :/. Kaszel mnie męczy przeokrutnie. Ciężko w takim wypadku efektywnie pracować, myślenie też nie jest wówczas przyjemnością. Liczę, że do poniedziałku wydobrzeję na tyle, by stawić czoło nowym wyzwaniom :P.

Za to moje oczy cieszą bukiety z okazji obrony :). Piękne są! <3

Trafiły w moje gusta, nie ma piękniejszych kwiatów do bukietów niż róże i gerbery (a ponadto goździki i oczywiście tulipany! ;) )

Mam nadzieje, że Wy pierwsze tygodnie sezonu jesienno-zimowego spędzacie w zdrowiu!! 

sobota, 26 października 2013

Muzyka na dziś

Odbiegam od serii "Piosenka na dziś", bo chciałabym Wam zaprezentować więcej niż jedną piosenkę :). Jeszcze przed wakacjami w tym moim małym cyklu o piosenkach pojawiły się dwa utwory One Republic z ich tegorocznej płyty Native. Jeśli komuś wpadło w ucho tamto, tym bardziej mogę polecić to, czego słucham intensywnie w ostatnich dniach:

Mumford & Sons

Zaczęło się od jednej nuty, zasłyszanej gdzieś na kanale muzycznym w TV. Później piosenka Babel, o której mowa, trafiła na moją listę i także na posta na blogu jako wrześniowa "piosenka dnia". Ostatnio przypomniałam sobie, że bardzo mi się podobała i zaczęłam wysłuchiwać innych utworów tego zespołu. Płyta "Babel" to naprawdę dobre wydawnictwo, muzyka momentami jest melancholijna, ale poza tym inteligentna i dodająca energii. Jak dla mnie idealna na jesienne wieczory ;).

Kilka clipów do piosenek z płyty "Babel":

Hopeless Wanderer:

Tego brodatego, rudego aktora za nic nie mogę rozpoznać! ;)

To, co już tu było, czyli Babel:


Oraz bardzo popularna - I Will Wait (wersja studyjna bardziej mi odpowiada ;)):


To już ostatni teledysk! Obiecuję! ;) Lover Of The Light:



A Wy macie jakąś swoją specjalną muzyczną listę na jesień? ;)

wtorek, 22 października 2013

Dzisiaj

Dziś dzień zaczął się dla mnie nie za dobrze, ale za to wcześnie, a zasługa w tym mojego promotora, który zadzwonił o 10.00 (to dla mnie wcześnie :P) zapowiadając mi kolejne poprawki w pracy. Wstęp pisałam już 3 razy, ciągle jest nie tak, więc ogólnie się załamałam i znienawidziłam na moment te moje pseudo-naukowe wypociny :/. Dodając do tego fakt, iż tej nocy śniła mi się osoba, o której na 100% śnić nie chcę cały etap dzisiejszej pobudki był fatalny...

A tak ostatnio poprawiałam mgr: czekolada + odchudzająca herbata
(tak dla mniejszych wyrzutów sumienia ;) )

Do śniadania wypiłam sobie kawę, co pomimo mojego wielkiego uwielbienia dla kawy, robię niezwykle rzadko (pomyślałam, że może mnie olśni i będę wiedzieć, jak zredagować ten przeklęty wstęp! :P nie podziałało...). Przyznam się, że mam snobistyczne podejście do tego napoju - smakuje najlepiej w kawiarni z miłą lub miłymi osobami w najbliższym otoczeniu ;). Poza tym z zasady mogłaby nie istnieć. No chyba, że mam jakieś pyszne ciasto w domu - wtedy nawet domowa kawa potrafi smakować jak ta z Coffee Heaven czy Starbucks'a ;).

Dla rozluźnienia nałożyłam maskę na włosy - do twarzy nie miałam żadnej w posiadaniu, więc coś dobrego dostało się akurat moim kosmykom. Później oddałam się zajęciom domowym, które o dziwo pozytywnie wpłynęły na mój nastrój. Wyniosłam śmieci, pościągałam suche pranie i od razu zabrałam się za prasowanie - aż jestem taka dumna, że nie odłożyłam tej nielubianej czynności na potem, że aż musiałam się publicznie pochwalić :P. Przygotowałam następne pranie, a teraz muszę powoli zadbać o siebie przed wyjściem na uczelnie.

Mam nadzieję, że mieliście lepszy poranek, bez niefajnych wiadomości! :)
Pozdrawiam! xoxo

piątek, 18 października 2013

Hit i kit od Yves Rocher

Miałam taki szalony tydzień, że pomimo kilku "postowych" pomysłów, niczego nie mogłam zrealizować przez chroniczny brak czasu. Weekend nie zapowiada się luźniej, mam trochę rzeczy do nadrobienia, w dodatku wybieram się znów na Tour Salon. Tym wydarzeniem zachwycałam się już w ubiegłym roku - dla przypomnienia: Tour Salon 2012. W tym roku planuję powiększyć moje zbiory o kolejne pozycje na temat turystyki konnej ;). Oprócz targów czeka mnie kolejne poprawianie mgr, za co miałam zabrać się teraz, ale stwierdziłam, że pisanie posta to zdecydowanie lepsza opcja na piątkowy wieczór. Wiadomo są jeszcze lepsze opcje, ale imieniny świętowałam ledwie wczoraj, więc póki co wystarczy ;).

Dziś będzie o wielkim kosmetycznym rozczarowaniu. Ale zacznę od dobrej strony. O znakomitym tuszu od Yves Rocher już Wam pisałam - Sexy Pulp - KLIK. Każde pozytywne zdanie tam opisane podtrzymuję. Super szczoteczka, która ładnie rozczesuje rzęsy, pogrubia, uczernia, "ach" i "och" ;). Dla lepszego efektu zachwytu link do recenzji na KWC na Wizażu - KLIK. Można się domyśleć, że zgadzam się głównie z pozytywnymi opiniami ;).

Tak więc mamy tytułowy HIT :). 

Pokrzepiona swoim poprzednim, doskonałym wyborem w Yves Rocher, dałam się skusić maskarze-nowości: tuszowi podkręcającemu rzęsy Volume Vertige. Reklamowany jako jedyny z unikatową szczoteczką z dozownikiem tuszu, dzięki której nie musimy kilkakrotnie nabierać tuszu z opakowania. Jak dla mnie to banał, albo dodatek, którego działania nie mogę zaobserwować (być może też z przyzwyczajenia), choć rzeczywiście na szczoteczce znajduje się rowek z zapasem tuszu. Silikonowa, duża szczoteczka posiada dość krótkie ząbki. Wielki plus za piękny i głęboki czarny kolor.


 Według obietnic producenta maskara miała działać tak:

Spraw, aby Twoje spojrzenie było głębokie i intensywne – dzięki tuszowi Volume Vertige rzęsy są widocznie grubsze i podkręcone na całej długości. Poznaj specjalną szczoteczka z dozownikiem tuszu, który zatrzymuje konsystencję, aby maksymalnie pogrubić rzęsy już przy pierwszej aplikacji, bez konieczności zanurzania szczoteczki we flakonie przed każdym pociągnięciem rzęs. Kremowa konsystencja, zawierająca żywicę elemi o właściwościach utrwalających, sprawia, że efekt podkręcenia rzęs utrzymuje się aż do 12 godzin.

Na moich rzęsach działanie tuszu nie wygląda dobrze. W podkręcone rzęsy dzięki maskarze nie wierzę, żadna nie jest w stanie zastąpić zalotki - Volume Vertige o ile podkręca moje rzęsy, to nie lepiej do innych tuszy. Ale chyba najgorsze jest to, że okropnie skleja rzęsy podczas aplikacji. Kojarzycie efekt "owadzich nóżek"? Tak to mniej więcej u mnie wygląda. I co z tego, że rzęsy mają głęboki czarny kolor, są bardzo fajnie wydłużone, skoro posklejane są niby grube, ale jednoczenie jest ich tak mało  (na szczęście nie mam 3-4 megarzęs, tylko ok. 10... w każdym razie tyle, że mogłabym policzyć. Wolę mieć tyle rzęs, że nie chciałoby mi się ich przeliczać :P). Wydaje mi się, że to jednak wina nieodpowiedniej dla mnie szczoteczki... Może nie robiłabym tej maskarze takiej złej reklamy, ale chciałam jakoś (niedelikatnie mówiąc) pozbyć się tego tuszu oferując go moim współlokatorkom. Efekt posklejanych rzęs każda miała taki sam :/. Ewidentnie tusz trafił pod zły adres ;). Mogę jedynie żałować wydanych na niego 42 zł. Tym samym mamy tytułowy KIT.


Nie byłabym sobą, gdybym dopuszczała takie marnotrastwo. Zaraz po cyknięciu fotek wymyłam szczoteczkę po Sexy Pulp - przyda się do rozczesywania moich rzęsowych owadzich nóżek. Jeśli to się nie sprawdzi pozostaje stworzenie maskary hybrydy: tusz Volume Vertige plus szczoteczka Sexy Pulp.


sobota, 12 października 2013

Książka na weekend "Król Szczurów"

Wybrałam książkę dosłownie na weekend, bo zeszłam na dół w czwartek wieczorem, szukając czegoś w domowej biblioteczce, dziś zaraz wstanę i odłożę na miejsce moją kolejną lekturę.

Lubię ładnie i estetycznie wydane książki; stare wydania, postrzępione i pożółkłe trochę mnie zniechęcają, mój wzrok padł więc na prostą twardą okładkę. Wzięłam do ręki "Króla Szczurów" Jamesa Clavella i obejrzałam sobie dokładnie szukając informacji na okładce o fabule książki. Niestety nie doszukałam się niczego, ale coś spowodowało, że nie zniechęciłam się i nie odłożyłam jej w poszukiwaniu innej. Przeczytałam pierwsze zdanie - książka zaczyna się od wypowiedzi, przerzuciłam kilkanaście kartek, zauważyłam dużo dialogów i zabrałam ze sobą do łóżka.

Wciągnęła od pierwszych zdań. I choć zawsze sądziłam, że wojskowa powieść historyczna nie będzie dla mnie - to jest zdecydowanie jedna z lepszych książek, które w ogóle czytałam. Akcja dzieje się w obozie jenieckim w Singapurze, w ostatnim roku II wojny światowej. W obozie jeńcy-żołnierze zmagają się z wielkimi trudnościami obozowego życia, gdzie głód, choroby, klimat i nadludzka praca zbierają swoje żniwo. Wiadomo, że to przerażające czytać o warunkach, jakie tam panowały, jednak akcja skupia się nie tylko na tym. Tytułowy Król to kapral amerykańskiej armii, który sprytem, szczęściem i smykałką do interesów żyje w takim obskurnym i biednym miejscu wysoko ponad stan. Wielu ma to mu za złe, wielu czeka aż powinie mu się noga. Ale Król nie jest ani w 100% dobry, ani zły. Jest człowiekiem. Jak inni bohaterowie, bardzo zresztą prawdziwi. Autor świetnie opisuje bohaterów, ich psychikę, postawę i rozterki. Można naprawdę wyobrazić sobie bohaterów jako żyjących gości, bardzo realnych (warto wspomnieć, że autor oparł dzieło na osobistych doświadczeniach) i w dodatku stawiających czoła paskudnemu życiu codziennemu w obozie.


Książka ta jest naprawdę wartościowa. Zakończenie wg mnie zmusza do refleksji. Pozostawia pytania i taki niedosyt... Tym charakteryzują się dobre książki. Tą zdecydowanie polecam!

Jednocześnie cieszę się z mojej obszernej biblioteczki - zaraz zejdę na dół w poszukiwaniu kolejnej, odkrytej przypadkiem tak dobrej lektury.

wtorek, 8 października 2013

Skład T-shirtu

Ostatnio było o zakupach, bluzeczkach, itd. i jak na życzenie wpadłam na infografikę o tym, kto i ile tak naprawdę zarabia na sprzedaży T-shirtów z sieciówek, Ciekawe i trochę przerażające:

źródło: http://infografika.wp.pl

niedziela, 6 października 2013

Szaleństwo zakupów i wishlista na kolejny raz

Dziś poddałam się organizowanemu przez Elle i InStyle Szaleństwu Zakupów - choć to dość przesadnie powiedziane, bo ciężko dać się unieść szaleństwu, gdy zawartość (a raczej brak wartościowej zawartości) portfela mocno protestowała. Moje szaleństwo skończyło się sporym niedosytem, na pocieszenie jednak mam najzwyklejszą w świecie, ale też najbardziej w szafie potrzebną, białą koszulkę na ramiączkach z H&M i maseczkę do twarzy, także z tego sklepu (przyda się już dziś, do cosobotniego rytuału ;) ).

To jest biała koszulka, ale światło o tej porze jest zdecydowanie nieodpowiednie do zdjęć...

Ta akcja, Szaleństwo Zakupów, organizowana jest już któryś rok z rzędu i za każdym razem zastanawiam się, czemu organizatorzy wybierają tak feralną datę na ten event - pierwszy weekend października. Owszem - ludzie pracujący są świeżo po wypłacie, ale studenci mają przed sobą wizję całego miesiąca i spłukać się na "dzień dobry", to nie jest rozsądny pomysł. Swoją drogą nie wiem, ile niepracujących studentów ocalało w dzisiejszych czasach - sama chciałabym w niedługim czasie przestać się obijać, tym bardziej, że mam do tego dogodne warunki - przy jednym kierunku studiów nagle mój tydzień okazuje się pełen wolnego czasu!
(Nie pamiętam, jak to było mieć np. dzień wolny od zajęć, a teraz? O czwartku, mój ukochany! ;) )

Podsumowując - dla mnie pierwszy weekend października to najmniej odpowiednia pora na zakupy. Szczerze przyznam, że cały październik zawsze staram się ograniczać wydatki, bo pierwszy miesiąc po wakacjach okropnie się dłuży, a poza tym w Poznaniu jest cała masa innych pokus niż jedynie nowe ubrania ;).

Ale mimo wszystko nie byłabym sobą, gdybym nie poszła do miasta, chociażby na window-shopping :) (co oczywiście nie mogło się skończyć bez jakiegoś zakupu - patrz powyżej :P ). Tym samym utwierdziłam się w pragnieniach, które posiadam odnośnie zakupów odzieżowych, na najbliższą możliwą przyszłość ;).

A jako że niejednokrotnie czytałam, iż jak się coś zapisze albo upubliczni swoje zamiary, łatwiej się one urzeczywistniają, to chciałam zaprezentować swoją jesienną, garderobianą wishlistę :). Na zdjęciach załączam głównie przykłady, a nie konkretne modele. Po pierwsze nie miałam okazji ich przymierzyć, po drugie jak się uda, będę szukać tańszych zamienników ;).

Jeansowa koszula to raz. 
Później spodnie: czarne spodnie to konieczność! Moje wyglądają już bardzo źle, a czarne rurki, nie będące leginnsami, to standard w każdej szafie. Darowałam sobie przykłady prostych czarnych spodni, dodałam jednak te woskowane (z Mango) i ze sztucznej skóry (H&M). Widzę je szczególnie jako dodatek do prostych dzianinowych swetrów lub golfu, na przełamanie prostoty i dodanie "pazura" ;).



Tuż obok fajna, na wpół "skórzana", sukienka. Miałam okazję ją przymierzyć i teraz tylko czekam na wolną gotówkę, bo cena jest zachęcająca ;). Muszę przyznać, że podoba mi się ten skórzany trend, szczególnie w postaci różnego rodzaju wstawek. Bowiem nie chciałabym skończyć ze skórzanymi spodniami jak Ross z Przyjaciół:

Hahaha! Uwielbiam ich!!! :D

Do tego przydałaby się jakaś miękka i ciepła, dzianinowa sukienka. Muszę się jeszcze naprzymierzać, bo ciężko mi dopasować sukienkę. Ta z Mango ma śliczny kolor, wg mnie idealny do moich kozaków ;).

A pod sukienką bransoletki, które już dłuższy czas za mną chodzą. Nie dość, że wizualnie mi się bardzo podobają, to zakup takiej biżuterii wspiera słuszny i piękny cel - dochód ze sprzedaży przeznaczony jest na dożywianie dzieci w Polsce, w ramach programu Pajacyk. Niektóre bransoletki dostępne są w wielu wersjach kolorystycznych. Są świetne! Liczę, że w ten sposób już niedługo będę mogła wesprzeć Pajacyka :). Odwiedźcie Sklep Przyjaciół Polskiej Akcji Humanitarnej koniecznie: KLIK.



Na koniec element wishlisty nie związany z szafą. Jako, że ostatnio w wolnych chwilach (których póki co jest sporo) koszę nieprzyjaciół w Diablo, potrzebny mi sprzęt do koszenia :P. Gamingowe mysze potrafią kosztować po 3 stówki i więcej, więc wybrany przeze mnie gryzoń cenowo zostaje daleko w tyle. Naczytałam się jednak pozytywnych opinii i myślę, że na moje potrzeby, jako Łowczyni Demonów, będzie wystarczający i nie wyczyści mi portfela, bo kosztuje na Agito 59,00 zł. Mam nadzieję też odłożyć pieniądze na gryzonia jak najszybciej, póki trwa promocja -50% na podkładkę pod mysz ;). Będę miała zestaw i zło mnie nie zatrzyma ;).


Na tym koniec mojej listy życzeń, choć zapewne nie koniec potrzeb ;). Ciekawa jestem czy Wy też macie swoje jesienne wishlisty i czy to jedynie elementy garderoby :) ?
Teraz zmykam przeglądać oferty na pracuj.pl, żeby móc odhaczać kolejne elementy listy już niedługo! 

Pozdrawiam i udanego weekendu!

wtorek, 1 października 2013

Pierwszy dzień i pierwsze nerwy

Hej!

Witajcie w nowym roku akademickim ;). Mój się zaczął nawet na dzień przed terminem; nie marnują czasu i zajęciami męczą od pierwszego możliwego poniedziałku ;). I byłby to naprawdę miły pierwszy dzień, gdyby nie komunikacyjne przygody.

Muszę się publicznie wyżalić, bo nie wiem czy kląć już na przystanku, czy pisać listy protestacyjne czy darować sobie w ogóle komunikację publiczną i liczyć jedynie na własne nogi... Już na "dzień dobry" pobytu w Poznaniu transport miejski zalazł mi porządnie za skórę :/. Dwie sesje trwania na przystanku po ponad 20 min, bo NIC nie przyjeżdża i cały mój dobry humor pryska... Mimo wszystko rozumiem, że są remonty, że są potrzebne i w ogóle, ale z drugiej strony tkwię jak pajac na tym przystanku czekając i czekając, choć według planu powinnam już być w tym czasie w mieszkaniu. Nawet, choć słońce przebijało się intensywnie zza chmur, nie było zbyt ciepło, by z przyjemnością spędzać czas przy przystankowej wiacie, która i tak od wiatru dobrze nie chroniła.

Prawda jest taka, że w Poznaniu w remoncie są dwa najgłówniejsze węzły komunikacyjne (Most Teatralny i Rondo Kaponiera), przez co miasto ogarnął niezły paraliż. Ja to tak odczuwam, ponieważ z mojego miejsca zamieszkania już nigdzie nie dojadę bezpośrednio. Muszę liczyć na ente przesiadki, autobusy i tramwaje, których trasy są dla mnie istną enigmą, nie do rozgryzienia na razie. Już nie wspominając o tym ile dodatkowego czasu potrzeba na dotarcie gdziekolwiek. I oczywiście trzeba się liczyć z tym, że zawsze może coś nie przyjechać, a w najlepszym wypadku - spóźnić. Tak jak i my, zdając się na komunikację publiczną :/.

Noooo.... pomarudziłam i trochę mi lepiej ;). Nie dziwota, że marznąc na przystanku kolejny raz jednego dnia, bawię się aparatem w telefonie ;).


piątek, 27 września 2013

Wakacyjne denkowanie

Z pełną odpowiedzialnością piszę, że wakacje dobiegają końca - przywilej studenta ;). Jeszcze studenta, bo nie zostało mi tego błogosławionego stanu zbyt wiele. Przewiduję, że już za pół roku nie będzie mowy o wakacjach i tylu wolnych chwilach na blogu :(.

Ale póki co mogę i piszę, że moje wakacje trwają, ale dobiegają końca. Tak swoją drogą, zupełnie tej odmiany stanu rzeczy nie odczuwam, bo w moim przekonaniu powinnam na koniec wakacji co najmniej zbierać gratulacje po obronie pracy magisterskiej. Okazuje się, że w przekonaniu mojego promotora miesiąc czasu to za mało, by przeczytał i sprawdził moją pracę, więc nawet nie złożyłam jej jeszcze do dziekanatu. Powiedzmy, że nadal jestem studentką, w dodatku ciągle z dwoma kierunkami ;).

Ale nie o tym miało dziś być ;). Wakacje "przesiedzone" głównie w domu sprawiły, że wykończyłam kilka z kosmetyków, które miałam zgromadzone w domu. Dla wygody mam dwa zestawy podstawowych kosmetyków: w Poznaniu i w domu, tak by nie musieć wozić się z nimi w te i na zad. Regularnie wożę ze sobą jedynie kolorówkę. W każdym razie zjeżdżając na wakacje, przywiozłam kilka napoczętych produktów, żeby nie stały w połowie pełne, a nieużywane w Poznaniu. A i tak produkty, które za chwilę pokażę, udało mi się spożytkować do końca w ostatnich dniach, wtedy też wpadłam na pomysł krótkiej ich prezentacji na blogu. Wcześniejsze denka trafiały prosto do kosza, więc o nich nie będę wspominała. Tak czy owak oczyszczenie półki z wielu kosmetyków się udało i na nowy miesiąc można zaopatrzyć się w świeże skarby ;).

Udało mi się zużyć Krem nawilżający tradycyjny firmy Fitomed, który ma niesamowicie wiele pozytywnych opinii na wizażu - KLIK. Poczytajcie sobie o nim coś więcej, ja mogę napisać jedynie, że to bardzo dobry krem, cudownie pachnie geranium (zapach mi bardzo odpowiada), fajnie nawilża, ma prosty i naturalny skład oraz jest tani. Jedyny poważny minus to dla mnie fakt, że nie matuje, a mam obsesję chyba na punkcie świecenia się twarzy :/. Mimo wszystko za cenę ok. 12 zł, naturalny skład i ten zapach to na pewno krem godny polecenia! Teraz będę szukać bardziej matującego zamiennika, ale na pewno do kremu Fitomed wrócę.


Wykończyłam również inny kosmetyk do twarzy - żel do mycia Garnier, Czysta Skóra, Fruit Energy. Bardzo wygodne opakowanie z pompką, produkt bardzo wydajny (aż się bałam, że nie zdążę przed upływem daty ważności ;) ), ma ciekawy, słodkawy zapach - przyjemny, ale wydaje się chemiczny. Żel dokładnie czyści skórę, jednak przy tym maksymalnie ją wysusza :/. Szczególnie używany kilka dni pod rząd. Wysuszył nawet moją skórę, która przecież tłuści się na potęgę. To okropna kombinacja :P, wierzcie mi na słowo. Decyzja zatem zapadła - tego produktu nie kupię powtórnie. Link do wizażu, po więcej opinii: KLIK.


Jeśli chodzi o włosy to zużycie szamponu Johnson's Baby, No More Tears, ułatwiającego rozczesywanie nie było problemem. Problemem była jego wydajność, a właściwie jej brak. Szampon kupiłam z myślą o tym, że ma na pewno delikatną formułę, nie będzie wysuszał włosów, bo nie ma SLS, itd., ale to nie był dobry wybór. Może po prostu wyrosłam z szamponów dla dzieci ;). Zależało mi też na ułatwieniu rozczesywania, co jednak bez odżywki nie było osiągalne.


A odżywkę miałam dobrą, ale bez szału. Postawiłam na produkt od Yves Rocher, odżywkę odbudowującą z olejkiem jojoba. Ciężko ocenić mi ten produkt, bo sama nie wiem czego oczekiwałam, chyba głownie okiełznania nieposłusznych, sztywnych włosów. Odżywka zamknięta w fajnej tubie, w której widać ile kosmetyku nam jeszcze zostało. Gęsta konsystencja, delikatny, ładny, orzechowy zapach. Działanie poprawne, włosy nie były obciążone, ładnie się rozczesywały. I mogłabym powiedzieć, że odżywka jest bardzo dobra, gdybym nie kupiła jej następcy. Również od Yves Rocher tylko o innych właściwościach - nowość mająca wygładzać włosy, z ziarnami gombo (do teraz nie mam pojęcia co to :P). W każdym razie ta druga póki co skradła moje serce, bo faktycznie działa wygładzająco na moje wiecznie napuszone włoski. A wracając do denka - odżywka odbudowująca to po prostu dobry, solidny produkt.


Ostatnim kosmetykiem jest mgiełka do włosów Dove, chroniąca przed wysoką temperaturą. Stosowałam ją "od święta", czyli jak prostowałam włosy prostownicą. Dla mnie nieudany produkt, bo nie potrafię określić czy naprawdę włosy były chronione przed temperaturą, a w dodatku jeden "psik" mgiełki za dużo i włosy były obciążone, przyklapnięte, prawie jak przetłuszczone. Jak dla mnie NIE.


To tyle z wakacyjnego denka, choć powinnam napisać wrześniowego :). Przede mną nowy sezon i nowe kosmetyki :D


wtorek, 24 września 2013

Pluj krwią! *

Od tygodnia zapewniam sobie, niektórzy powiedzieli by, że dość makabryczną, rozrywkę w świecie Sanktuarium - stałam się bowiem szczęśliwą posiadaczką pełnej wersji gry Diablo III. Na pewno wiele z Was słyszało cokolwiek o tej grze, a niezainteresowanych uprzedzę, że oszczędzę Wam czytania wywodów na temat gameplay'u. Powiem może tylko, że gra wywodzi się z gatunku hack'n'slash, co dosłownie znaczy po polsku "rąbać i siekać" i też dokładnie na tym polega rozgrywka ;). 

Niedługo po ukazaniu się gry na rynku w 2012 r. miałam okazję pograć w demo i od tamtej pory nękało mnie "chcenie" na tą grę. Jak to b. często w życiu bywa sprawdziła się mi złota zasada, że lepiej późno niż wcale ;). Tak więc teraz już zmykam trochę eksplorować, zabijać i zbierać przedmioty, czyli farmić ;).


* Tytułowe zdanie wykrzykuje moja dziarska bohaterka, po rozprawieniu się z hordą wrogów za jednym strzałem ;) - chyba mój ulubiony tekst z gry ;).

niedziela, 22 września 2013

Czarne wyszczupla bez względu na wiek

Moim ulubionym kosmetykiem do problematycznych partii ciała jak brzuch, uda i pośladki jest masło do ciała Ziaja z serii Rebulid Odbudowa Skóry. Masło o kremowej konsystencji zamknięte jest w plastikowym czarnym słoiczku o 200 ml pojemności. Z zapewnień producenta wynika, że mazidło ma ujędrniać, uelastyczniać naskórek, delikatnie napinać, wygładzać i zapobiegać wiotczeniu skóry, a w połączeniu z masażem limfatycznym ma wspomagać spalanie tkanki tłuszczowej.


Powiem tak: w bujdy, że kosmetyk ma spalać nasz tłuszczyk, to ja nie wierzę i tego nie oczekuję od produktu, bo niestety tak się dziać nie będzie. Masażystką nie jestem i nie robię sobie masażu limfatycznego, więc nie wiem, czy mimo wszystko Ziaja wspomaga spalanie tkanki tłuszczowej w czasie takich zabiegów. Nakładam produkt, co prawda, kolistymi ruchami, ale do profesjonalnego masażu to mi daleko :).

Co mogę na pewno powiedzieć, że masło zdecydowanie wygładza skórę, napina i uelastycznia. W to, że zniknie cellulit też nie wierzę. Za to, w moim przypadku, skóra po regularnym stosowaniu masła z serii Rebuild jest gładsza i przyjemniejsza w dotyku - to jest dokładnie to, czego oczekuję od tego kosmetyku.

Jeszcze lepiej od masła jak dla mnie serum drenujące z tej samej serii. Jednakże kolejny raz skusiłam się na masło, ponieważ jest wygodniejsze w użytku (serum jest w tubce) i ma nieco większą pojemność (serum ma pojemność 150 ml). I tu pojawia się jedyny dla mnie minus - smarowidła te nie są wydajne. Przy (prawie) codziennym stosowaniu - pilnuję się jak mogę, bo z regularnością nakładania balsamów jest u mnie bardzo źle - zostało mi nieco ponad połowa kosmetyku, który mam od początku września. Mogłoby być lepiej. Na szczęście cena nie jest zbyt wysoka (ok. 15 zł), więc da się to przełknąć. Ale kosmetyk szybko się wchłania, nie pozostawia nieprzyjemnej warstwy na skórze, delikatnie chłodzi, a ponadto przyjemnie pachnie - głównie anyżem. To taki trochę cierpki zapach, lekko słodkawy - bardzo mi odpowiada ta wonna kompozycja (ale zapachu i smaku czarnych, anyżowych żelek od Haribo nadal nie znoszę :P).

W składzie brak parafiny, wysoko na liście znajduje się nawilżające masło shea, później ekstrakty z morszczynu, gorzkiej pomarańczy, ananasa, rozmarynu, a dodatkowo kofeina, L-karnityna i wit. E. Super :)


Całość prosto od polskiego producenta, co tylko potęguje moją sympatię do tego produktu :). Ostatnio łapię się na tym, że sprawia mi ogromną frajdę kupowanie produktów wytworzonych w Polsce - to dla mnie taka mała forma nowoczesnego patriotyzmu :). Nie lubię co prawda robić zakupów w Biedronce i raczej jak mogę omijam te sklepy (które to akurat szczycą się wielością produktów prosto od naszych ojczystych producentów), ale w innych sieciach również można trafić na rodzime artykuły, wystarczy uważnie czytać etykiety :).

niedziela, 15 września 2013

Moda vs wygoda

Miały być skórzane i toporne buty, stylizowane na motocyklowe. Po milionie przymiarek okazało się, że to nie buty na motor, ale na konia pasują mi bardziej ;). I tak do mojej jesiennej szafy trafiły krótkie kowbojki z CCC.

źródło: CCC.eu

Już dawno nie miałam butów z tej sieciówki, w sumie od momentu jak moja stopa osiągnęła rozmiar 41 i nie mieściła się w ccc-owe modele. Jednak wielokrotnie, niezrażona wcześniejszymi niepowodzeniami, wciskałam swoje stópki w obuwie tej firmy. Tym razem się udało, choć inny model - bardziej masywny, a'la motocyklowy - okazał się już a krótki. Zapewne zależy to od modelu, bo oba były spod marki Jennifer&Jennifer. Mam nadzieję, że marka ta nie zniechęci mnie do siebie zbyt szybko i liczę, że wybrane buty, w dobrym stanie, posłużą mi niejeden sezon (na 5 lat nie liczę, bo nie oszukujmy się to raczej niemożliwe w przypadku ekoskóry ;)).

I tak jak pisałam wcześniej, niestety w moim przypadku, masywne buty "motocyklowe" okazały się nietrafionym trendem, a przynajmniej te modele, które miałam możliwość przymierzyć (a ich oferta ograniczona była równie ograniczonym studenckim budżetem ;) ). Wybór więc padł na te delikatne kowbojki, które nie dość, że wygodne, to fajnie prezentują się na nodze, do rurek, ale też do szerszych spodni. Nie mierzyłam, ale wydają się być również odpowiednie do szortów lub spódniczki. Kolorem pasują mi do torebki (tak wiem... to było dawno i nieprawda, że buty i torebka mają do siebie pasować, itd. - trudno, wiem, ale jakoś z tym modowym foux pas przeżyje ;) ). A że westernowy styl nigdy nie był dla mnie kiczowaty, długo się nie zastanawiałam i z radością dokonałam obuwniczego zakupu :D. Teraz tylko będę polować na jakąś fajną koszulę w kratę i my look of the fall gotowy :D. A tak serio, na szczęście moje botki nie są aż nazbyt kowbojskie, więc będą pasować do wielu innych zestawów niż taki rodem z westernu. Choć koszulę jedną już upatrzyłam ;) i będzie idealna do, np. takiego outfitu:

źródło: pinterest
A Wy, na jaki styl stawiacie tej jesieni? ;)

Pozdrawiam ciepło!

czwartek, 12 września 2013

Happy Telephone Comany and I

Wspomniałam ostatnio, że zmieniłam swój telefon. Chciałabym wspomnieć co nieco więcej, ponieważ jestem zadowolona i mikro-recenzja może znaleźć miejsce na blogu ;).

Długo opierałam się smartfonom, bo jedyną wada jaką dla mnie miały to wirtualna klawiatura. To może i beznadziejny powód buntu, ale uwierzcie mi, że zdecydowanie za często wkurzałam się na dotykowy ekran. Bo przecież pomimo niechęci nie mogłam zgasić w sobie gadżeciarskich pokus ;). Więc kilka razy lądowałam w dłoni z dotykowym telefonem. Jednak summa summarum ostatnie prawie dwa lata towarzyszyło mi proste Blackberry Curve 8520. I w sumie nie mogę powiedzieć złego słowa o nim, bo jako telefon spisywał się znakomicie. Niestety moje potrzeby zaczęły wyrastać poza możliwości standardowego telefonu (rozmowy + sms + sporadyczne korzystanie z internetu) i coraz częściej myślałam o wymianie sprzętu na nowszy model. Przyszła wyczekiwana chwila przedłużania umowy i wakacyjny zastrzyk gotówki (bez którego wybór byłby strasznie utrudniony i skończyłby się zapewne sprzętowym rozczarowaniem), więc towarzyszy mi teraz mój pierwszy smartfon z prawdziwego zdarzenia :).

HTC One S, bo na niego padł mój wybór, kosztował mnie przy jednym z najniższych abonamentów Play niecałe 600 zł. Jego cena standardowa była wyższa o ponad 150 zł, lecz akurat udało mi się trafić na sezonową obniżkę cen. Dla mnie 600 zł to i tak niebagatelna kwota, więc nie mogę konkretnie stwierdzić, że zrobiłam deal życia, jednak spełniałam swoją zachciankę, rezygnując jednocześnie z innych zakupów.

Na szczęście telefonem się nie rozczarowałam :). Miałam zaraz na wstępie przeboje, bo trafił do serwisu ze względu na wadę fabryczną - nie działało auto-obracanie ekranu - na szczęście telefon już jest całkowicie sprawny. Po wymianie płyty głównej można powiedzieć, że to nowy sprzęt.

To moja wersja kolorystyczna, źródło: htc

Na samym początku wydawał mi się "O, jaki on jest duży", jednak aktualnie 4,3 cala zupełnie mi odpowiada, a nawet momentami myślę sobie, że mógłby być ciutek większy (mój wymarzony i nieosiągalny Sony Xperia Z ma w końcu aż 5 cali, ale na tym kończę porównywanie obu smartfonów ;) ). Jak dla mnie ostrość i głębia koloru na wyświetlaczu jest znakomita, trochę lepiej mógłby się jedynie spisywać w pełnym słońcu, ale to już moje czepialstwo. Na dotyk ekran reaguje bardzo dobrze, jest dokładny, choć wiadomo, że zdarza się stuknąć nie tam gdzie trzeba, szczególnie przy smsowaniu. W związku z tym smsowaniem, które jest jedną z moich ulubionych form komunikacji, ćwiczę swoją cierpliwość, bo niechęć do wirtualnej klawiatury nadal we mnie tkwi. Inteligentny słownik, który podpowiada nam słowa i poprawia pisownię jest z kolei tak samo przydatny, jak i wkurzający, często proponując nie właściwe słówka. Więc jak to w naturze - musi być zachowana równowaga ;).

Taki przykład o czym mówię ;) , źródło: klik

Pamięć RAM telefonu to 1 GB, a prędkość procesora to 1,5 GHz - dzięki temu aplikacje i system chodzą bardzo płynnie, bez zacinania się i innych przykrych niespodzianek. Dostępnych aplikacji jest całe mnóstwo, żadna którą uruchomiłam nie sprawiała kłopotów, choć póki co nie szaleję i wybieram te najbardziej potrzebne. Pamięć wbudowana na pliki to teoretycznie 16 GB, jednak po odjęciu miejsca na system do dyspozycji zostaje ok. 9,9 GB. Nie można rozszerzyć tej ilości kartą microSD, jednak przy użyciu SkyDriva lub Dropboxa, w których pliki można przechowywać w tzw. chmurze, prawie 10 GB powinno wystarczyć na moje potrzeby (wśród których nie znajduje się np. oglądanie filmów na 4,9 calowym monitorku czy zapisanie całej dyskografii AC/DC).

Według mnie świetną sprawą w One S jest aparat. To był jeden z elementów, na których po cichu najbardziej mi zależało. Bo choć mam bardzo dobry kompakt, to i tak zawsze w najciekawszych momentach i miejscach nie miałam go przy sobie. W takich wypadach wprost rewelacyjnie sprawdza się telefon. Po krótkich zabawach widzę duże możliwości aparatu, różne tryby sceny (chociażby panoramy, która wydaje się być o niebo lepsza niż w moim kompakcie) i dodatkowe efekty - choć mimo wszystko należy pamiętać, że to jedynie aparat w telefonie, a nie odwrotnie. Można również z powodzeniem nagrywać filmiki. Z parametrów dodam, że matryca aparatu to 8 Mpx, a do dyspozycji jest również przedni aparat o rozdzielczości 0,3 Mpx.

Obsługa maila czy przeglądarki www na tym telefonie to czysta przyjemność. Prędkość internetu nie jest zawrotna, to niestety nie LTE, ale i tak niebo w porównaniu do moich poprzednich komórek. Zdecydowanie mi wystarczy. 

Jeśli chodzi o baterię to jak na smartfona przystało szału nie ma. Przy standardowym użytkowaniu ładuję go co dwa dni, lecz kiedy mam ochotę pobawić się więcej muszę ładować codziennie. Jednak w razie potrzeby oszczędzenia zużycia akumulatora dostępna jest bardzo fajna opcja oszczędzania energii, która korzystnie wpływa na stan baterii, a nie powoduje zdecydowanego spadku wydajności urządzenia.

Jeszcze dodam, że bardzo podoba mi się soft HTC w telefonie, tzw. nakładka Sense 4+. Jest wychwalana przez specjalistów, to i ja przyłączę się do pozytywnych opinii - funkcjonalna, prosta w obsłudze, intuicyjna a do tego nadaje telefonowi atrakcyjny wygląd, który i tak można zmieniać poprzez różne skórki :).

W mojej micro-recenzji troszkę się rozpisałam ;). Choć to i tak tylko takie bardzo ogóle stwierdzenia na temat funkcjonalności mojego nowego towarzysza ;). Zapewne wielu jego możliwości jeszcze nie odkryłam. W każdym razie wszystkich niezainteresowanych technologią przepraszam, za nudy, jednak pomyślałam, że skoro krem może doczekać się upublicznienia mojej opinii, tak samo może na nią zasłużyć sprzęt, z którym tak szybko się nie rozstanę. A nawet uprzedzę Was, że jeśli coś się będzie z nim niedobrego działo, to i o tym Was poinformuję ;) (ale - ptfu! ptfu! - odpukać ;) )


W tle inny sprzęcik, z którego jestem BARDZO zadowolona, również całkiem niedawny nabytek, spisujący się wyśmienicie. Ale póki co dość technologicznych wywodów, więc laptopa nie będę prezentować ;).

Pozdrawiam :)

Nad wodą

Ostatni weekend plus dodatkowe dwa dni spędziłam w Borach Tucholskich, w okolicach Tucholi. Jako, że to jeden z nielicznych wyjazdów tego lata cieszyłam się jak z dziecko z każdym zastanych tam atrakcji i przyjemności. W otoczeniu lasów, rzek i jezior nie trudno o pozytywne przeżycia, choć będąc uparty należałoby ponarzekać na chmary komarów. Cóż... Off poszedł w ruch oraz chroniący przed zdarciem sobie skóry do kości po ugryzieniu Dapis żel. A choć już nie było warunków do kąpania się w jeziorach, pogoda i tak była przednia i niesamowicie nam dopisała! :) 

Zwiedziłam kilka miejsc, trochę spacerowałam nadjeziornymi trasami, pojeździłam na rowerze. Swoją drogą wycieczki rowerowe to była największa frajda, bo nie pamiętałam nawet, kiedy ostatni raz miałam okazję pojeździć na rowerze ;). Jako nastolatka wyrosłam ze swojego roweru, który został gdzieś odsprzedany. Do dziś pluję sobie w brodę (i rodzicom przy okazji), że go nie zachowaliśmy, bo był to nie byle jaki jednoślad - rower Mercedesa, retro model. Tylko mały, nie dla dorosłych. Ale wspaniały rower, byłby bardzo na czasie aktualnie. Miał śliczną ramę w złotym kolorze i szerokie siodełko, do tego znaczek marki zaraz nad przednią lampą. Teraz jeździłam zupełnie na czymś innym, ale przyjemność była taka sama. Dodatkowo piękna okolica zachęcała do pedałowania.









Ponad walory przyrodnicze muszę się przyznać do mojego zamiłowania do pewnego miasta położonego w tych okolicach. Mówię o Bydgoszczy, do której mam sentyment od kilku lat, kiedy to byłam w niej po raz pierwszy na Memoriale Huberta Jerzego Wagnera. Już wtedy miasto mi się spodobało, bardzo mile je wspominam, bardzo pozytywnie. Ponadto podobało mi się wizualnie. Po ostatniej wizycie mogę to zdecydowanie potwierdzić :). Odwiedziłam Wyspę Młyńską i zrozumiałam, dlaczego mówi się o Bydgoszczy, że to polska Wenecja. Racja, że to określenie jest mocno przesadzone ;) ale nie można odmówić bydgoskim kanałom uroku. Powiem Wam szczerze, że zamiast w Poznaniu, mogłabym spokojnie szukać pracy i życia w Bydgoszczy, choć nie mogę być pewna czy mieszkając tam, moje wyobrażenie nie odmieniłoby się radykalnie ;).

Póki co, jako zwykła turystyka doceniam estetykę Starego Miasta w Bydgoszczy. Starówka może nie jest szczególnej i ponadprzeciętnej urody, lecz wspomniana Wyspa Młyńska wiele nadrabia. Jak wszędzie kilka elementów należałoby zagospodarować lub odnowić, ale całość wygląda przepięknie i idealnie się nadaje na spędzenie leniwego albo aktywnego popołudnia, czy romantycznego wieczoru ;).






Na pierwszym planie Marina - Bryła Roku 2012, w tle Opera
 

Na koniec zdjęcie po prostej instagramowej obróbce ;)


I tak à propos Instagrama. Od zmiany telefonu istnieję jako gosza_s w tym serwisie i jeśli macie ochotę wpaść na mój profil co jakiś czas, to zapraszam :) :).

Instagram