wtorek, 22 maja 2012

Liverpool cz. IV - Chester

Będąc w Anglii miałam okazję zobaczyć nie tylko Liverpool. Pewnego dnia wybraliśmy się na wycieczkę poza miasto, do Chester. Oddalone o ponad 40 km pokazuje zupełnie inną Anglię - starodawną, sielską i spokojną. Urocze miejsce. Jedno z najstarszych miast w Wielkiej Brytanii. Piękna dawna architektura, bardzo żałuję że nie umiem robić artystycznych zdjęć - to miasto i te zabytki by się do tego idealnie nadawały ;).

Ale mimo niskiego poziomu warsztatu zapraszam do obejrzenia zdjęć!. Długich opisów nie będę produkować ;).





















Prezentowane na większości zdjęć czarno-białe budynki reprezentują tudorski styl w architekturze. Na żywo prezentują się doskonale, wręcz bajecznie.

Zdecydowanie Chester to jedno z ładniejszych miast, które miałam okazję zwiedzać. Niestety z braku czasu nie odwiedziłam ZOO, które się tam znajduje i cieszy się wielką popularnością.


Namiastka ZOO w centrum miasta ;)

sobota, 19 maja 2012

Piłka w grze (nie, nie będzie o Euro ;) )

Przez moment przestanę Was męczyć opowieściami o Liverpoolu, choć w zanadrzu planuję jeszcze dwie ;). 

Dziś bardziej na sportowo - zaczyna się sezon reprezentacyjny w siatkówce. Moje święto i wielka miłość. Tak więc dzisiaj czekam do 2giej w nocy na pierwszy oficjalny mecz: Polska - Brazylia w rozgrywkach Ligi Światowej. Cieszę się, że jestem w domu w ten weekend, bo mam dostęp do Polsatu i Polsatu Sport :D (właśnie z powodu siatkówki nigdy chyba nie zmienimy dostawcy telewizji cyfrowej ;) ).

Dzisiaj obejrzałam już mecze: Włoch z Koreą i Finlandii z Kanadą. Za godzinę Polska. Wszystko to powoduje, że niecierpliwie oczekuję lipca i wyjazdu na kolejny już Memoriał Huberta Wagnera. W tym roku będzie dodatkowo ekscytujący, gdyż: po pierwsze odbywa się w Zielonej Górze - nigdy wcześniej nie byłam w tym mieście, a dobrze mi się kojarzy i cieszę się na tą wizytę; po drugie - będzie to ostatni sprawdzian drużyn przed tegorocznymi IO w Londynie; a po trzecie - wyjazd na Memoriał powoli staje się moją małą tradycją i jedynym pewnym wyjazdem wakacyjnym. W tym roku pewne mam jeszcze praktyki zawodowe, na szczęście skończą się zaraz przed Memoriałem.

Wy już znacie swoje plany na wakacje? Moja letnia aktywność z reguły jest bardzo spontaniczna, więc wszelkie planowanie, bookowanie i zamawianie wyjazdów jest dla mnie obce. Noooo.... pomijam Memoriał ;).

czwartek, 17 maja 2012

Liverpool cz. III - The Beatles Story

Dziś moja prywatna mikro-lista przebojów The Beatles. Wybrałam piosenki, które znałam wcześniej, które mają wartościowy tekst, są fajnie skomponowane i myślę, że są "muzycznym dziedzictwem" wartym zapamiętania przez wszystkich. 









Moja wycieczka do ich miasta sprawiła, że przesłuchuję ich piosenki na YT, czego raczej nie zrobiłabym bez bodźca jakim była podróż do Liverpoolu.


wtorek, 15 maja 2012

Liverpool cz. II - zakupowe szaleństwo!

Było o zwiedzaniu, podziwianiu kultury i dorobku duchowego. Teraz pora na jeszcze przyjemniejszą część. Wychwalać będę pod niebiosa możliwości oddawania się chyba najbardziej przyjemnej rzeczy w Wielkiej Brytanii - zakupom :D:D.

Dla mnie - prawdziwej zakupoholiczki - Liverpool stał się odpowiednikiem raju i piekła zarazem. Nieprzemierzone metry kwadratowe sklepów czekały na mnie :D. Mój portfel za to cierpiał niemiłosiernie z każdym wydawanym funtem. Dusza cierpiała nie mniej - stwierdzam, że o ile w Polsce byłabym w stanie wydać nieprzebrane ilości pieniędzy, tak na Wyspach mogłabym wydać dwa razy tyle ;). Przemierzając kolejne
piętra sklepów odczuwałam totalną euforie - tyle by obejrzeć, dotknąć, przymierzyć... Życia by nie starczyło. Primark, New Look, Next, Top Shop, Dorothy Perkins i inne, inne, inne! Czyste szaleństwo!

Ale ciuchy to jeszcze nic. Oczopląsu można było dostać wchodząc do jakiejkolwiek drogerii. Tyle marek! No w życiu jeszcze nie widziałam takiej różnorodności (lub do polskiej oferty się zbytnio przyzwyczaiłam) ;). Rzędy gablot z kolorowymi kosmetykami, pełno marek i firm, których nie sposób znaleźć w Polsce. Do tego mnóstwo promocji, które aż błagają o skorzystanie z nich: 3 w cenie 2, 2 w tym jeden gratis, kup 2 będzie taniej o funta lub dwa... 

Żyć nie umierać po prostu! Ale żyć najlepiej z sakiewką pełną funtów i to bez dna! ;)


niedziela, 13 maja 2012

Liverpool cz.I

Zawsze chciałam dużo podróżować, zwiedzać i przekazywać swoje wrażenia innym. Odkąd mam taką możliwość na blogu cieszę się, że mogę pisać między innymi o swoich wojażach. Jednak obawiam się, że prowadzenie dziennika stricte podróżniczego raczej by mi nie wyszło...

Od kilku dni próbuję zabrać się za opisanie swoich wrażeń po wizycie w Liverpoolu. Jest ciężej niż sądziłam. Wychodzi na to, że wolę coś opowiadać niż opisać, gdyż to drugie to dużo trudniejsze zadanie. Nikt się o nic nie zapyta, nie poprowadzi wypowiedzi w odpowiednim kierunku. Dodatkowo mówiąc mogę wstawić wiele dygresji i nie trzymać się w porządku, co w przypadku opisu jest konieczne.

Jednak pomimo tych przeciwności postaram się napisać Wam to i owo ;). Od razu się zaznaczyć, że pomimo pewnego zawodu Wielką Brytanią, już szukam w kalendarzu wolnych terminów, a do skarbonki odkładam kolejne złotówki na powrót do Liverpoolu :D. A czego dotyczy moje małe rozczarowanie? Zawsze w głowie miałam pełno (pozytywnych) stereotypów na temat Anglików. Dżentelmeni w melonikach, eleganccy, powściągliwi, pijący herbatę five o'clock. No i jeszcze ten wspaniały, przeseksowny, zasłyszany w filmach brytyjski akcent!

Zawiodłam się, bo z brytyjskiej mowy nie rozumiałam prawie nic. Scouse accent jakim posługują się mieszkańcy Liverpoolu jest trudny do zrozumienia dla osób, które z angielskim miały do czynienia jedynie na lektoratach. To nie tylko sprawa akcentu, ale również innego słownictwa. Przez wielu scouse jest traktowany jako akcent i dialekt w jednym. Jako, że Liverpool ma industrialną historię, mówi się, że ów dialekt to "w 1/3 walijski, w 1/3 irlandzki i w 1/3 catarrh (niedrożność dróg oddechowych spowodowana w tym wypadku zanieczyszczeniem powietrza). Polecam poszukać na YT filmików z tym i przekonać się samemu w jakim stopniu zrozumiecie ich wypowiedzi. Powiem tylko, że Hugh Grant nie takim angielskim się posługuje ;).

Co do dżentelmenów - takowych nie spotkałam. Widziałam za to ogrom średnio trzeźwego towarzystwa z pokaźnymi mięśniami piwnymi. No cóż... widać nie bez powodu Kraków na turystów z Wysp trochę narzekał. Oczywiście w Polsce mamy również konkretne przykłady zamiłowania chmielowego trunku, rzekła bym jednak, że Anglicy zaczynają go spożywać troszkę wcześniej. Do tego są niewiarygodnie głośni. Do tego można się przyzwyczaić i nawet powinniśmy się po części nauczyć, bo Polacy w takim środowisku wychodzą na ludzi chłodnych, opanowanych, cichych i zupełnie nie żywotnych ;). Więc polecam trochę więcej wigoru! Bo do Hiszpanów nam daleko, a okazuje się, że nawet i do Brytyjczyków ;).

Jeszcze jedna mała negatywna uwaga - w samym Liverpoolu za czysto nie było. Zdecydowanie za mało koszy na śmieci w przestrzeni publicznej. Myślę, że większa ich liczba rozwiązała by ten problem - na to zwróciłam uwagę, bo to już takie moje małe "zboczenie zawodowe" przyszłego inżyniera gospodarki przestrzennej ;).




Ale czas przejść do jakiś konkretów, bo jesteście gotowi pomyśleć sobie, że wyprawa na Wyspy mi się nie udała. Nic takiego! Jednoznacznie i (niestety) niepoetyckim językiem muszę stwierdzić,że było zajebiście! Nie rozczarowałam się, spędziłam z Siostrą, Szwagrem i Psem jeden z moich najlepszych wyjazdów. Całkiem sporo widziałam i pozwiedzałam, poszalałam po sklepach, chodziłam na spacery. A do tego miałam nareszcie cały tydzień, by pobyć z osobami, które kocham, a z racji odległości nie widzę się z nimi tak często jakbym chciała.

Ale zacznijmy od początku... Pojechałam na lotnisko Ławica w Poznaniu, gdzie byłam po raz pierwszy. Był wieczór, do tego święto (1 maja) więc sprawnie przejechałam przez miasto i dotarłam do terminalu. Bagaż zmieścił się lekko w limicie bagażu, było ciepło, a oczekiwanie na lot nie dłużyło mi się zbytnio. Zdążyło się ściemnić na zewnątrz, kiedy wsiadałam do samolotu. Leciało całkiem sporo osób, trochę Anglików, dużo dzieci - mimo wszystko udało mi się zająć miejsce pod oknem. Z czego niezwykle się cieszę, bo uwielbiam patrzeć za okno w czasie lotu! (takiego szczęścia nie miałam w powrotnej drodze, kiedy samolot był całkowicie zapełniony i nie zdążyłam zająć miejsca przy okienku). Ale dobrze, że dobre miejce miałam chociaż w jedną stronę. Poznań w nocy widziany z góry wygląda totalnie olśniewająco: główne arterie miejskie równo oświetlone, Stadion Miejski rzuca się w oczy, Arena również, a ślimaki drogowe - zjazdy z  autostrady wyglądały jak prosto z LA! :D Do tego nie miałam pojęcia, że Poznań jest tak ogromny! Żałuję, że nie wyszły mi żadne zdjęcia, są naprawdę kiepskiej jakości.

Lotnisko w Liverpoolu położone jest nad samym morzem, więc z lądując masz wrażenie, że zaraz wylądujesz w wodzie :P Dodatkowo jak ja leciałam chmury były wyjątkowo nisko, więc jak nagle z nich wylecieliśmy okazało, się że ziemia jest bardzo blisko! 


Jako, że myśląc Liverpool mamy naturalne skojarzenie z zespołem The Beatles nikogo nie powinno zdziwić, że Port Lotniczy nosi imię jednego z członków grupy Johna Lennona, wraz z cytatem. Zaraz obok była, również znana, Yellow Submarine, której jednak (nie wiem czemu) nie utrwaliłam na zdjęciu.

Strasznie długi będzie ten post ;) nic dziwnego skoro piszę o dwóch dni :P. Napiszę więc Wam jeszcze o wycieczkach krajoznawczych po Liverpoolu w pierwszych dniach. Odwiedziłam dostępny do zwiedzania dla wszystkich budynek sądu z dawną salą rozpraw, aresztem i więzieniem (z narzędziami tortur). Było to o tyle fascynujące, że to niby-muzeum było po części interaktywne! Po pierwsze można było zasiąść na miejscu sędziego, wejść do celi w areszcie czy w więzieniu. W areszcie były głośniki, z których po wejściu do celi słychać były rozmowy prosto z sali sądowej! Stojąc w miejscu oskarżonego słychać więc było obrady jakie nad głową być może skazanego się odbywały. Ciekawe to było. Podobnie w więzieniu, słychać było dawne odgłosy tego miejsca... Czasami aż mrożące krew w żyłach, tym bardziej gdy zwiedzało się sale ze ścianami pokrytymi portretami i aktami skazańców.



Była w tym budynku jeszcze jedna ciekawa atrakcja. Spróbowałam jej na "własnym nosie"... Odważyłam się poznać zapach XVIII w. Anglii... kanalizacja i ścieki, ludzki pot, dym przemysłowy i zepsute jedzenie - do wyboru, kto co lubi ;) Ja nie polecam zaciągnąć się żadnym:


Jadąc do Liverpoolu wiedziałam, że zrewitalizowane Doki Alberta stanowią tam niemałą atrakcję. Co więcej znajdują się na światowej liście dziedzictwa UNESCO. Byłam totalnie oczarowana tym miejscem. Widok ceglanych budynków i czerwonych kolumn od teraz już zawsze będzie mi się kojarzył z Liverpoolem. W Dokach jest całkiem dużo atrakcji dla turystów: Muzeum Niewolnictwa, Marynarki Wojennej, Titanica (do wizyty w Liverpoolu nie wiedziałam, że portem macierzystym dla Titanica było właśnie to miasto ;) ). Znajduje się tam również Tate Gallery z eksponatami sztuki nowoczesnej (przyznam się od razu, że jej nie rozumiem). Jest mnóstwo kafejek, sklepików (z różnorodnymi słodyczami, z pamiątkami, z książkami, itp.). 

   

Albert Dock to magiczne miejsce, kwitnące życiem towarzyskim, zadbane i zapadające w pamięć. Cała linia brzegowa w Liverpoolu jest dobrze wykorzystana i zaprojektowana. Dodatkowo mówi się, że to jeden z najładniejszych waterfront'ów w Europie.

Odwiedziłam również World Museum, coś na kształt muzeum historii naturalnej. Naprawdę ciekawe eksponaty ukazujące zarówno życie zwierząt (od dinozaurów, przez zagrożone ekosystemy na świecie, po morza i oceany), jak i dorobek ludzkości (kultur rzymskiej, greckiej, anglo-saskiej, hinduskiej, azjatyckiej, afrykańskiej). Jednak znudziło nam się przemierzanie sal wystawienniczych więc inne muzea sobie darowaliśmy, ruszając w miasto i poznając prawdziwe oblicze Liverpoolu :D


Na dziś to tyle. Zapraszam Was jednak już niedługo na "Liverpool cz. II" :):):)

Pozdrawiam mocno!

środa, 9 maja 2012

Wróciłam :)

Moja piękna Majówka dobiegła już końca. Wczoraj wieczorem zaleciałam na Ławicę. Dziś od rana nadrabiam zaległości i z bólem wielkim stawiam czoła realnemu światu ;)

Chciałabym Wam napisać coś więcej o mojej podróży i zapewne uczynię to niedługo. Ale na razie zjem późną kolację i zabieram się do prezentacji na jutrzejsze zajęcia. 

Jednak wspomnienia z Liverpoolu wciąż są ze mną - tu w postaci pamiątkowego kubeczka:


With <3 from Liverpool!

wtorek, 1 maja 2012

Przygotowania do majówki

Według kalendarza i zegarka tegoroczna majówka na dobre się zaczęła. Dla mnie zacznie się dopiero za parę ładnych godzin, choć przygotowania do niej podjęłam troszkę wcześniej.

Nie pisałam do Was, bo sporo musiałam ogarnąć przez ostatnie dni. Mam nadzieję, że mi wybaczycie, mało tego: od razu pragnę się usprawiedliwić z nieobecności przez najbliższy tydzień. Bowiem w planach mam długo wyczekiwany wyjazd :D.
Kierunek: Liverpool, UK :D:D

Wspominałam o tym wcześniej, ale dla mnie potwierdzeniem, że ten wyjazd naprawdę się odbędzie była, okropnie stresująca, odprawa, którą przeszłam on-line. Może wydawać się śmieszne, ale miałam niezły stres z tą odprawą. Bałam się, że coś przeoczę, zrobię błąd, że się zatnie lub tym podobne. Miałam jednym słowem niezłego pietra ;). Współlokatorki na szczęście były blisko i były ode mnie znacznie spokojniejsze.

Cała procedura naprawdę nie jest niczym strasznym, należy wypełnić poszczególne okienka, a na koniec cieszyć się wydrukowaną kartą pokładową. Tak jest moi Państwo, Gosza ma swoje karty, Gosza już nie może się doczekać lotu! :D

BTW: czy ktoś z Was nie lubi latać? Ja po prostu U-W-I-E-L-B-I-A-M!!!

Cała procedura jest w języku polskim i jak mówiłam, jest prosta. Lecz chyba w przyszłości też będę miała stres i obawę przed zrobieniem błędów ;)

Jutro od rana czeka mnie istne szaleństwo: pakowanie, tak aby zmieścić się w limicie bagażu; sprzątanie, tak by po tym punkcie pierwszym przez pokój dało radę przejść; zrobienie projektu na zajęcia, tylko dlatego, że wrócę na wieczór przed deadline'em. I kilka innych pomniejszych działań.

Może mi się uda napisać coś z pobytu w Anglii, ale nie mogę obiecać. Mam nadzieję wykorzystać do cna wszystkie godziny z nadchodzącego tygodnia, lecz tak by naładować akumulatory przed czymś oczywistym po majówkowym odpoczynku: sesją. Ale o tym na razie cisza! ;)

Mam nadzieję, że Wy spędzacie majówkę na swój ulubiony sposób. Sobie i wszystkim życzę dużo Słońca w te dni :D

Pozdrawiam gorąco! Naprawdę gorąco, bo jestem totalnie rozgorączkowana tym wyjazdem. Ach, jak się cieszę! :D :D :D
Paaaa!!!